Wakacje z Bogiem
oazy Liturgicznej Służby Ołtarza

dziennik oazowy 2015

DZIEŃ SZÓSTY – CZWARTEK

2015-07-17 21:24:16, komentarzy: 0

            Rozmowa poranna:

- Dobrze się spało?

- Spałoby się dobrze, gdyby nie przyszedł Piotrek.

 

            Niewdzięczna to służba, trzeba przyznać, ale wspieramy Pana Piotra jak możemy.

Rozgrzewka, śniadanie, sprzątanie i inne typowe dla tej pory dnia zajęcia. Starszych uczestników wprowadzono w Duchową Adopcję (młodszych wprowadzono wczoraj). Czym jest ta inicjatywa? To podjęcie modlitwy za poczęte dziecko, któreznajduje się w niebezpieczeństwie śmierci przez aborcję. Ten sposób zabijania ma to do siebie, że dotyka najbezpieczniejszego zdawałoby się miejsca, jakim jest łono matki i dotyczy najbardziej bezbronnej istoty, jaką jest nienarodzone dziecko. Przez codzienne odmawianie specjalnej modlitwy (Panie Jezu, za wstawiennictwem Twojej Matki Maryi, która urodziła Cie z miłością, oraz za wstawiennictwem Św. Józefa, człowieka zawierzenia, który opiekował się Tobą po urodzeniu, proszę Cię w intencji tego nienarodzonego dziecka, które duchowo adoptowałem, a które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady. Proszę, daj rodzicom miłość i odwagę, aby swoje dziecko pozostawili przy życiu, które Ty sam mu przeznaczyłeś. Amen.) i dziesiątka różańca, które trwa dziewięć miesięcy, wierzymy, że to zagrożone dziecko przyjdzie na świat. Duchowa Adopcja jest jak najbardziej dobrowolna. Na Mszy Św. ci, którzy chcieli, przystąpili do tej inicjatywy. 

            Homilię u stóp ołtarza wygłosił Ks. Robaczywka. Podjął temat przebaczenia. Chrystus ma do grzesznika cierpliwość, inny człowiek (np. kolega, mama, tata, spowiednik) niekoniecznie. Ksiądz zachęcał, by brać wzór z Mistrza.

            Obiad i plaża, czyli popołudniowe zajęcia znane z poprzednich dni. Dużo biegania, sypania piachem po kocach, frustracji osób które na tych kocach wtedy leżały. Masa mniej lub bardziej opalonych twarzy, nóg, pleców. Wiele rąk zmęczonych odbijaniem piłki czy machaniem wiosłami przy kajakach. Dziesiątki zebranych muszli, kamieni. Butelki napełniane piaskiem lub morską wodą. Wrzucanie dziewczyn do wody.Śmiechy, krzyki, piski. Rozmowy na stojąco, siedząco, leżąco (rekordziści – Pan Fifi i Ewelina (inna niż ta z czarną dziurą zamiast żołądka) – ludzie gadają, że 2 godziny na stojaka). Kąpiący się i czekający na swoją kolej. Grający w karty. Nie robiący nic. Szeroka gama aktywności bądź jej braku (bo nie robić nic można także na wiele sposobów). I ta pogoda! Niebo leszcz – gdzie ten deszcz? Ani chmurki. Czasem tylko mewa przeleci, skrzecząc. Jest cieplej niż wczoraj, a mówią, że będzie jeszcze goręcej.

            Standardowo chodzimy na plażę rano, by rozpocząć dzień z Bogiem i rozprostować kości, po obiedzie, żeby poplażować, i pod koniec dnia na modlitwy wieczorne. Łącznie spędzamy tam ok.4,5 godziny. Oczywiście ten schemat często bywa łamany. Tak stało się i dzisiaj. Spędziliśmy tam więcej czasu niż zwykle, bowiem po kolacji odbył się mały turniej. Osobno dla młodszych, osobno dla starszych, choć przebieg był taki sam. W turnieju brały udział osoby będące na oazie po raz pierwszy. Zostały podzielone na dwie drużyny (w przypadku grupy starszej siedemnastoosobowe), które rywalizowały ze sobą w czterech konkurencjach. Pierwsze dwie miały podobny schemat. Zawodnicy ustawieni w linii (jak w kolejce po zakupy, tylko nie tak ciasno) stali na szeroko rozstawionych nogach. Ostatni z linii miał pod tymi nogami przebiec na początek. Wygrywała ta drużyna, w której ten ostatni znowu stał ostatni, co było znakiem, że przebiegli wszyscy. Druga konkurencja polegała na tym samym, tylko zamiast stać, zawodnicy ustawili się w pozycji jak do robienia pompek (podpór przodem). Dalej był tzw. „pieniek”, a w zasadzie szafka ustawiona na piasku. Zawodnik miał przyłożyć do niej głowę inie odrywając jej, obiec owa szafkę 10 razy, a potem sprint do wyznaczonego miejsca i z powrotem. Dopiero wtedy następny może zacząć się kręcić. Największy problem stanowi tutaj sprint. Kto widział nietrzeźwego, jak próbuje spacerować, ten będzie wiedział o co chodzi. Można by to nazwać „syndromem jednostronnego przeciążenia”. Osoba z tym syndromem bardzo stara się iść prosto, niestety nieskutecznie, bowiem grawitacja ze zdwojoną siłą ciągnie w dół, jak na sznurku, jeden bok, chcąc by nieszczęśnik przytulił się do matki ziemi. W przypadku naszych zawodników był to zwykle bok lewy (wiąże się to z kierunkiem obiegania stolika). Bieganie w takim stanie daje przezabawne efekty, oczywiście dla tych którzy patrzą. Ten, który biegnie nie ma czasu na chichoty. Stara się utrzymać równowagę i jak najszybciej zakończyć ten karkołomny wyczyn. Jak łatwo się domyśleć wygrywa ta drużyna, w której ostatni ”biegacz” szybciej przekroczy metę. I finałowy akord – BITWA! Każda z drużyn miała wybudować okop. W tym czasie część uczestników napełniała wodą woreczki foliowe i składowała je za okopami – były to pociski do walki. Oczywiście nikogo nie faworyzowano – każda drużyna dostała tyle samo. Minęło ok. 15 minut – okopy i pociski gotowe. Drużyny czekają na sygnał. Powietrze drży od napięcia. Sekundy wloką się niemiłosiernie. Cisza. Skupienie. Pełna mobilizacja. START! I się zaczęło! Kule lecą z okopu do okopu jak szalone - pierwsi pechowcy już oberwali. Wielu krzyczy, jakby to miało pomóc w celności. Do obozów wdarły się bałagan i rozgardiasz. Ale pociski nie przestają fruwać! Radość tych, którzy kogoś trafili miesza się z niezadowoleniem trafionych. Nikt nie może czuć się bezpieczny. Chwila nieuwagi i po tobie. Niektórzy starają się ukryć w okopie – nadaremnie. I tak dostaną. Pogrom, po prostu pogrom! Ten mętny opis sprawia wrażenie, że wszystko, choć pełne chaosu miało słabe tempo, jak dwa ślimaki tańczące brazylijską sambę. Błąd! Był to chaos szarżujący, nieposkromiony, jak seria z karabinu maszynowego. Dlatego cała bitwa, aczkolwiek bogata w treść, skończyła się szybko. Zabitych nie było, ranni wszyscy. Grupa młodsza nie wyłoniła zwycięzcy, u starszych mieliśmy dominację jednego teamu.

Po tych emocjach czas na wyciszenie - modlitwy wieczorne. Obiecałem ostatnio, że dzisiaj to już na pewno rozwinę ten temat. Powiem tak: obiecanki cacanki… :-) 

 

ALE!!! To jeszcze nie koniec! Został bowiem ktoś, kto choć był pierwszy raz na oazie, nie brał udziału w turnieju. Tak tak, moi drodzy – Pan Ratownik. Spokojnie, nie zapomniano o nim. Wręcz przeciwnie – przygotowano coś specjalnego. Już podczas modlitw niektórzy ze zdziwieniem spoglądali na ogromny dół, wykopany nieopodal. Teraz mieli okazję poznać jego przeznaczenie. Zadanie było proste – Pan Ratownik miał do niego wejść. A potem z niego wyjść. Tyle tylko, że między jedną czynnością a drugą cały dół napełnił się piachem (ach ci kochani animatorzy), tak że z Pana Ratownika została tylko głowa. Wygrzebanie się nie było dla niego wielkim wyzwaniem. Kilkadziesiąt sekund i mieliśmy go z powrotem – był cały, może trochę w piasku. Pasowało go zmyć. Zatem zadanie drugie– bojka w ręce i do wody! Daleko, daleko, aż po pas. Bojka była uwiązana bardzo długą liną, którą trzymało kilkunastu co silniejszych chłopaków. Wyciągnęli Pana Ratownika z „opresji”. Bardzo efektownie. Mknął jak ryba, jak motorówka, jak strzała. Wreszcie ostatnie zadanie – przyjąć gromkie brawa!  

« powrót

Dodaj nowy komentarz

Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW