Wakacje z Bogiem
oazy Liturgicznej Służby Ołtarza

dziennik oazowy 2015

DZIEŃ SIÓDMY – PIĄTEK

2015-07-17 21:23:59, komentarzy: 0

            Dzisiaj nic, ale to absolutnie nic o Panu Piotrze. Niech sobie odpocznie. Może na wstępie powiem coś więcej o Panu Stefanie. Jak już wspomniałem jego żołądek bierze udział w zawodach na największą pojemność, ponieważ jest człowiekiem pracy. Na czym polega ta praca? Po pierwsze jest oazowym kierowcą. Przewozi, przywozi ludzi oraz towary. W tym kontekście najbardziej lubi współpracować z Panią Pielęgniarką. ;-) Po drugie: robi zakupy do sklepiku. Po trzecie: sprzedaje tam (żeby oddać sprawiedliwość, nie sam – na zmianę z Mary). Wykonuje też szereg innych czynności, które trudno uogólnić jakąś nazwą. Słowem - człowiek orkiestra. Pracował tak dużo, że dopiero dziś, siódmego dnia oazy miał czas, żeby iść na plażę. Stało się to tylko dlatego, że plan dnia zakładał plażowanie jedynie jeśli przyjdzie. (Autor podkreśla i pogrubia, że ostatnie zdanie napisał na wyraźne polecenie Ks. Dajrektora. Tak naprawdę pierwszy raz był na plaży dnia ósmego, a sprawa z plażowaniem miała miejsce dzień później. Autor ubolewa nad tym, że pojawiły się owe naciski i przeinaczenia, ale komputer na którym dziennik powstaje należy do Ks. Dajrektora, jest więc panem sytuacji. Już sobie poszedł, dlatego nie widzi jak wyrażam mój mały sprzeciw. Na pewno by zainterweniował. Prawdopodobnie z tego też powodu, że Dajrektor jest administratorem strony oazowej ten fragment nigdy nie ujrzy światła dziennego. PRECZ Z CENZURĄ!!!). Pan Stefan jest też jedynym człowiekiem na ziemi, któremu Bóg wisiał pieniądze. A było to tak: do sklepiku przyszedł Ks. Robaczywka:

 

Ks. Robaczywka: Poproszę chipsy.

Pan Stefan: Trzy złote.

Ks. Robaczywka: Bóg zapłać.

 

No to Pan Stefan wpisał do zeszytu, że Bóg jest mu tyle dłużny. Z tego co mówi, Najwyższy uregulował tę sprawę. Uczciwie z Jego strony. Ponoć potem zadłużył się drugi raz, ale też wszystko oddał.  

            Rozgadałem się trochę, a tu dzieciaki już wracają z rozgrzewki. Idą jak na ścięcie, przynajmniej część. Oaza jednak daje w kość. Niby nic wielkiego się nie robi, ale cały czas coś się dzieje, cały czas jest ruch. Bezczynność na urlopie, nuda leży chora w łóżku, stagnacja śpi albo boi się podejść. Sił niepostrzeżenie ubywa. Gdyby można było spać do 10… Ale nie można, bo Pan Pi… nie nie nie, obiecałem, że dzisiaj nic o nim.

            Dzisiejszy dzień stanął na głowie. Zwykle do południa siedzieliśmy w kościele a po obiedzie na plaży. A tu odwrotnie. Co się robi na plaży między 10 a 13? To samo co zwykle. Bieganie, granie, pływanie. Kolejne dziewczyny w wodzie, kolejni zasypani piachem, kolejne dołki wykopane. Przyjaźnie powoli dojrzewają, więzi zaciskają się (ludzie gadają, że Pan Fifi i Ewelina już nie stali, a siedzieli). I wtedy stało się! Osoby, które nie czytały albo nie oglądały Władcy Pierścieni mogą nie zrozumieć tego fragmentu. Dlatego Autor zachęca do zapoznania się z tym dziełem. Naprawdę warto. TOLKIEN RULEZ! Ale wracajmy do rzeczy. Ks. Dajrektor, którego posądza się o posiadanie Pierścienia Władzy (bo niby dlaczego tak wolno się starzeje?), jak zwykle woził dzieci motorówką. Robił to w pobliżu Mordoru, drażniąc swoją obecnością co gorliwszych orków. Rozumiecie, taka mała, czerwona (kolor motorówki), wnerwiająca mucha. Mordor tolerował jego obecność jeden dzień i drugi, choć irytacja rosła. Gdy jednak zaczął kursować po raz trzeci, przelała się czara złości. Orkowie, dla niepoznaki posłali swoich sprzymierzeńców (przypłynęli nie w czarnej, jak serce Saurona, a w biało-niebieskiej łódce – myśleli, że się nie domyślimy. Phi.) aby zrobili z Ks. Dajrektorem porządek. Ci natomiast, by nie wywoływać międzygatunkowego skandalu (Mordor i jego sojusznicy nie są ostatnio w najlepszej formie militarnej, dlatego nie mogą pozwolić sobie na otwarty konflikt), nie spalili motorówki ani nikogo nie zamordowali. Zrobili groźne miny, pogrozili palcem, strzelili gadkę i odpłynęli. Ks. Dajrektor, który zamiast słuchać reprymendy podziwiał silniki w łódce agresorów, coś jednak zrozumiał. Nie drażnił już więcej Mordoru, choć co do ”czerwonej bestii” ma plan na przyszły rok (i nie chodzi o jej sprzedaż tylko pływanie). Tak więc ta mała „wojna” jeszcze się nie zakończyła. I co dla Ks. Dajrektora najważniejsze – orkowie nie odkryli, że ma Pierścień Władzy. W przeciwnym razie już by go z nami nie było. Oczywiście on sam twierdzi, że go nie posiada, no ale dlaczego tak wolno się starzeje? No, dlaczego? Z tego też miejsca chcemy pozdrowić owych nerwowych i zawistnych orków. Pozdrowić, a potem pokazać im język. O, proszę!

            Z inicjatywy Ks. Robaczywki na dzisiejszej Mszy Św. pojawiły się elementy charakterystyczne dla liturgii sprawowanej na terenach misyjnych (dokładnie w Afryce). Wiązało się to przede wszystkim z rozbudowaną procesją z darami. Diakonia muzyczna śpiewała typowe dla tej części świata pieśni. Pewna osoba, o której nie mogę dzisiaj wspominać, przeszła po składce na budowaną praktycznie od zera misję w Beninie. Zebrano prawie 300 zł.

            Co jeszcze z ciekawostek piątku? Rozstrzygnięto turniej piłkarski w grupie starszej. Przypominam: drużyna z 36 kontra drużyna z 23 (niech mi chłopcy wybaczą, ale nie pamiętam nazw). Długość meczu: jak się uwidziało temu Panu, co to o nim dzisiaj nie mówię. W ogóle to Autor da w tym miejscu upust swojej frustracji, gdyż Ten-Którego-Imienia-Dzisiaj-Wymawiać-Nie-Wolno ulegał silnym naciskom (bo Pan Krzyś jest silny) i prawdopodobnie przyjmował łapówki. Był podatny na „sugestie” wychowawcy z 36 (ooo, przecież to Pan Krzyś! Co za zaskoczenie…). Dobra, koniec tych żalów. Skupmy się na grze. Początek spotkania był raczej nudny. Mecz nabrał rumieńców dopiero, gdy po błędzie obrony 23 padła pierwsza bramka. Musieli się wtedy otworzyć. To dawało szansę na kontrę, ale żadnej kontry nie było, Dlaczego? Bo żeby była kontra drużyna przeciwna musi atakować, a 23 nie mogło niestety wyjść z własnej połowy. Zawodnicy z 36 mieli ich w garści. Nieustępliwie szturmowali bramkę, ale brakowało szczęścia. Do czasu. Kolejny błąd obrony i mamy 2:0. Już się z tego nie podnieśli. Koniec! 36 tryumfuje. 23 z zaszczytnym drugim miejscem. Dziękujemy organizatorom, sędziom (przymkniemy oko na te łapówki), kibicom. Gratulacje dla zwycięzców!

            Nie zapomnieliśmy też o innych zawodach. Kamil „mała opatrzność” i Pan Damian nr 1 nadal wytrwale walczą. Ich rywalizacja ma oczywiście inny charakter. Odbywa się w zaciszu pokoju, na miękkich łóżkach, pod ciepłymi kołdrami. Jest jednak równie zażarta. Ależ emocje! Kto kogo przetrzyma? Kto bardziej zaprzyjaźni się ze swoim wyrem???

            Pogodny wieczór. Oaza już dawno za półmetkiem, a ciągle mamy kilka nieprzedstawionych pokoi. Nadrobiono część zaległości. Dzisiaj nie było gwizdów – same brawa. Tylko kolega Zakrzew tak dziwnie patrzy, jakby myślał. Co się tam wykluwa w tej jego głowie? Aż strach się bać…

            Koniec dnia na plaży. Kolejny raz podziwiamy zachodzące Słońce. Ono chyba nie lubi pożegnań. Czerwieni się wtedy ze złości, i pewnie gdyby mogło, burknęłoby: „No i po co te wszystkie ceregiele? Co się patrzycie?! Przecież za kilka godzin i tak wrócę”. Niewdzięcznik! My mu tak ładnie machamy, a ono jeszcze niezadowolone. Bez łaski. Idź sobie! Oj, chyba przesadziliśmy. A jak się obrazi na amen i w ramach protestu jutro rano nie wstanie? Nieee.  Może i ma gorący temperament, może jest porywcze, ale  na pewno nie pamiętliwe. Przez noc się uspokoi :-) Przecież zawsze tak jest.

            Modlitwy wieczorne. Jest jeszcze tyle dni, żeby rozwinąć ten temat. Całe trzy. Po co pisać o tym dziś, skoro można napisać jutro? 

« powrót

Dodaj nowy komentarz

Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW