Wakacje z Bogiem
oazy Liturgicznej Służby Ołtarza

dziennik oazowy 2015

DZIEŃ DZIEWIĄTY – NIEDZIELA

2015-07-17 21:23:34, komentarzy: 0

            TAK! STAŁO SIĘ! NIEBO WRÓCIŁO DO GRY!!! Czekało cierpliwie, oj czekało. Wydawało się nam, że już po wszystkim, że się nie podniesie. Owszem, trzeciego dnia, gdy dopiero co zrobiło się ładnie, były obawy, że wróci, ale nie po sześciu dniach spiekoty! A ono czaiło się, żądne zemsty. Od początku, z nieznanych powodów nas nie lubiło, to było widać. Daliśmy mu radę, przetrzymaliśmy. Teraz wraca. Może zna to przysłowie „ten się śmieje, kto się śmieje ostatni”? W każdym razie pada. Od rana deszcz. Pojawia się dylemat: co w takiej sytuacji z modlitwami i rozgrzewką? Sala gimnastyczna nie należy do największych, musiała nam jednak wystarczyć. Wyjątkowo modliliśmy się i ćwiczyliśmy całą oazą. Było więc obficie co do osób i ubogo co do ćwiczeń. Odchodząc od tematu dodam, że dzisiejsza pobudka była wyjątkowo późno – o 8 rano. Czyżby nasz niezawodny Pan Piotr zawiódł?! Żadną miarą!!! Zrealizował założenie, które wykluło się w głowie Ks. Dajrektora poprzedniego wieczoru, żeby pozwolić dzieciakom pospać w niedzielę nieco dłużej. Nie tylko dzieciakom. Widzicie jak Kamil i Damian nr 1 się cieszą?

            Śniadanie. Pada, ale tak jakby mniej. Mimo to rodzą się obawy związane z wyjściem do kościoła. Niewielu było takich, którzy zabrali ze sobą parasole. Wiadomo, nie jesteśmy z cukru, ale do kościoła kawałek, a chcemy we Mszy Św. uczestniczyć w roli Liturgicznej Służby Ołtarza (LSO) a nie Bandy Zmokłych Kurczaków (BZK). A jeszcze starsi mieli udać do katedry w Kołobrzegu (pół godziny drogi). Tak więc jest problem. Może nie gigantyczny, ale zauważalny. Problem z którym sobie nie poradzimy. Problem, który nas przerasta. Problem, który rozwiązał się sam. Nagle przestało padać. Ot tak, po prostu. Może niebo nie jest nam aż tak wrogie? Albo przynajmniej jest tolerancyjne religijnie. Korzystamy z tej dobroci, z tego rozejmu, z tej zadyszki, jakakolwiek jest przyczyna i idziemy!

            To chyba jednak była zadyszka, a nawet coś więcej. Postraszyło nas rano, a teraz lampa. Gorąco i duszno. Znowu strach wyjść na plażę w najgorsze godziny. Zresztą nastąpiło to, co następuje na wszystkich oazach z dobrą pogodą: plaża się „przejadła”. Wiele godzin od kilku dni. Już nie chce się kopać, odbijać, machać, pluskać. Nawet leżeć. Przynajmniej na początku, zwłaszcza przed wyjściem i w drodze do. Potem, już na plaży, większość zapomina o narzekaniu i odbija, kopie, macha, pluska. Leży niewielu. Ostatnie doły, zamki, kopce. Ostatni obsypani, zasypani, przysypani. Ostatni płynący kajakiem, kapiący się. Ostatnie smarowanie kremem, opalanie. Cementowanie relacji. Jutro nie będzie już na to wszystko czasu. Przyjdzie pakowanie, generalne sprzątanie, a to zawsze sporo trwa. Kto zdaje sobie z tego sprawę, korzysta, kto nie, narzeka.

Jeden szczegół był godny zauważenia. Wyjątkowo aktywny był dziś Kamil „mała opatrzność”. Dziwne. Nie powinien leżeć? Jak inaczej chce wygrać zawody? A może ma już dość??? No, Panie Kamilu, jak będziesz unikał łóżka, to z tej mąki chleba nie będzie. Zamiast przyjaźni gorzkie rozczarowanie. Na pewno straciłeś sporo punktów. Czy dasz radę to jeszcze nadrobić?

Dzień minął wyjątkowo szybko. Coś dziwnego unosi się w powietrzu. Jakaś skomplikowana symfonia zapachu. Zapachy smutne łączą się z radosnymi, te pełne przykrości z tchnącymi nadzieją. Dziwna mieszanka. Receptory nie do końca wychwytują o co chodzi. Coś przeczuwają, ale nie potrafią tego wyrazić, jest jak ze słowem na końcu języka. Strasznie frustrujące. Dodatkowo budzące niepokój i żal w sercu. Z każdą chwilą zapach jest coraz bardziej intensywny, ale jeszcze nie wiadomo o co chodzi.

Nadszedł ten czas. Nie mogę już dłużej uciekać. Czemu to do tej pory robiłem? Przecież one nie są niczym złym, wręcz przeciwnie. Może lenistwo, może przekora. Nic to. OSTATNIE MODLITWY WIECZORNE! Ustawiamy się w kole, każdy pokój osobno. Bierzemy „mikrofon do Nieba” (zwykle był nim patyk, choć wyobraźnia dzisiejszej młodzieży jest bogata…). Najpierw dziękujemy, każdy po kolei. Dziś dominowały podsumowania całej oazy, zwykle sprawy dotyczyły konkretnego dnia. Następnie przepraszamy. O ile na początku były z tym spore problemy, to jednak z czasem każdy znajdował coś, w czym nie był do końca fair, co powinien poprawić. I na końcu prosimy. Patrzymy w przyszłość. A tam nie ma już kolejnego dnia oazy, ale jest powrót, dom, codzienność. Zapachniało wyjątkowo mocno. Już prawie wszyscy wiemy, o co chodzi… Po prośbach omadlamy to wszystko, co powiedzieliśmy Bogu. Rozwiązujemy krąg i… koniec. Ufff, nie było tak źle. Aaa, jeszcze nie koniec! Przecież później są modlitwy w całej wspólnocie! Śpiewamy „Złącz Panie razem nas” (Złącz Panie razem nas węzłem co nic nie rozerwie. Złącz Panie razem nas węzłem prawdziwej miłości. Jeden jest tylko Bóg, jeden jest tylko Syn, jeden jest tylko Duch, więc uwielbiajmy Go), potem następują krótkie ogłoszenia (podawana jest np. godzina rozpoczęcia ciszy nocnej), któryś z kapłanów błogosławi i naprawdę na koniec śpiewamy „Późno już” (tym razem daruję sobie wyświetlanie tekstu – polecam Internet). Po piosence do szkoły – myć się, różaniec i spać. Zielona noc nie funkcjonuje na naszej oazie. Została brutalnie wykopana już na pierwszej i choć co roku nieśmiało oferuje swoje usługi, zawsze odmawiamy  w sposób dość brutalny.

Warto może wspomnieć, że niebo – tchórz, chciało nas jeszcze trochę postraszyć.
W nocy. Dlatego właśnie tchórz. Rano zasłabło i teraz mu wstyd. Szczeka po ciemku. Chmury zakryły co tylko mogły, pioruny strzelały jak żołnierze na wojnie, zrobiło się zimno. I groźnie. Na domiar złego jeszcze wiatr dostał szału. Pewnie pokłócił się z morzem, ale tym razem nie na żarty. Już dawno nie widziałem go tak wkurzonego. Ale przynajmniej nie padało ;-)  A fakt, że wszystko działo się w nocy spowodował, że większość nawet tego nie zauważyła…  

« powrót

Dodaj nowy komentarz

Własna strona www za darmo - sprawdź