Wakacje z Bogiem
oazy Liturgicznej Służby Ołtarza

dziennik oazowy 2015

DZIEŃ DZIESIĄTY – PONIEDZIAŁEK

2015-07-17 21:22:38, komentarzy: 0

            Pachnie. Tak samo jak wczoraj, tylko mocniej. Intensywność wręcz nie do zniesienia. Wszyscy są świadomi, co to za zapach. Rozumieją to wyraźnie. Tak pachnie KONIEC.

            Ostatnia pobudka. Ciekawe, czy Pan Piotr czuł smutek, czy nostalgia połaskotała go po sercu? Kto nas teraz będzie budził? Telefon? Phi, słabo – zero w tym uczucia, zero empatii. Pan Piotr jest (a raczej był) niezastąpiony. Trzeba było go nagrać, ten aksamitny choć zachrypnięty lekko głos, ogłaszający po żołniersku: WSTAJEMY PANOWIE! I to klaskanie! Och, aż się łza kręci w oku…

            Ostatnie (to słowo będzie się dziś powtarzało często, za często) modlitwy i rozgrzewka. Już nawet do niej nie ma entuzjazmu. Choć w sumie nigdy wielkiego nie było, przynajmniej u większości. Tylko Dominiczek Wardzała prawie płacze. On jeden tak kochał te chwile. Dominku, posłuchaj: wszystko będzie dobrze. Możesz sobie nasypać piachu do pokoju, postawić na stole miskę z wodą i będzie prawie jak nad morzem. Wiem, wiem, bez ratownika to nie to samo, ale poproś jakąś dziewczynę to ci go narysuje. O, albo zdjęcie sobie wydrukuj. Jesteś taki inteligentny, na pewno coś wymyślisz.

            Już nawet Komisji Czystości nie chce się przejść. (no dobra, to nie jest prawda – nie mieli dziś tego robić. Ten opis po prostu pasował do koncepcji. Uległem pokusie. Wybaczcie). Koniec konkursu, nic się nie zmieni. Muszę tutaj oddać sprawiedliwość temu pokojowi, na którym swego czasu nie zostawiłem suchej nitki. Nie byli ostatni! Przez następne dni sporo nadrobili i ostatecznie byli trzeci… co prawda od końca, ale to i tak dobrze. Jak wyglądało podium? Miejsce trzecie – pokój najmłodszych. Miejsce drugie – pokój pana Damiana nr 1. Niech to będzie przestroga dla tych, którzy mieliby ochotę twierdzić, że przez udział w zawodach, o których mowa za chwilę, Pan Damian nr 1 zaniedbywał swoje obowiązki. Żadną miarą! W końcu zwycięzcy – najstarsi – pokój 36. Pan Krzyś, wychowawca tryumfatorów, ma widać twardą rękę. Nagrody rozdano po Mszy Św. Wcześniej jednak miał miejsce ostatni, pożegnalny apel, a w zasadzie jego część (druga o 17:30). Ks. Dajrektor dziękował. Ogólnie to wszystkim za wszystko. Nie będę niczego wymieniał - nie ma sensu się rozczulać. Każdy wie jaką robotę wykonał i czy zrobił to dobrze. Już się inni postarali, żeby zwrócić uwagę, gdy coś było nie tak. Szczególnie kolega Zakrzew i jego banda. Swoją drogą, powinni mieć jakąś nazwę, tak jak każdy szanujący się zespół. Ja proponuję „Syrenki”. ;-) Pięknie łączy miejsce oazy z faktem, że kolega Zakrzew paradował w intensywnie różowym podkoszulku.

            Oczywiście to nie jedyny konkurs na oazie (choć tylko ten był oficjalny). Zostały jeszcze dwa, wzbudzające równie wielkie emocje. Przede wszystkim ten na najpojemniejszy żołądek. Niestety czytelnik może poczuć się w tej chwili rozczarowany, czy nawet oszukany – nie ma rozstrzygnięć. Pań Krzyś nieśmiało twierdzi, że to on zjadł najwięcej, ale nie posiada żadnych dowodów potwierdzających to roszczenie, Pan Stefan nie ma zdania, a Pani Eweliny nie można znaleźć. Pewnie się gdzieś chowa, czerwona jak piwonia (sprawdziłem w Internecie – piwonia zaiste JEST czerwona, potężnie czerwona). Oj, Pani Ewelino, proszę do nas wyjść, nie ma się czego wstydzić. To zaszczyt być w tak zacnym gronie. Może to doda Pani odwagi: UWAGA! Jeszcze raz powtarzam: ilość spożytego przez Panią Ewelinę pożywienia nie przekłada się na ilość Pani Eweliny. Jest chuda jak badyl. Żeby nie było wątpliwości! Nie, nie wyszła. Szkoda… Hmmmm, z drugiej strony to ułatwia pewne sprawy. Może jednak będzie rozstrzygnięcie! Mam nadzieję, że nie zostanie to uznane za nadużycie, jeśli w imieniu całej oazy przyznam Panom Krzysiowi i Stefanowi ex aequo pierwsze miejsce. (Może się o nie pobiją i sami to rozstrzygną). Pani Ewelina będzie zaraz po nich. O, i wszyscy są happy. Na marginesie dodam, że gdyby zrobić zawody kto zjadł więcej na oazie: ta trójka, czy reszta oazy, to wynik nie byłby taki jednoznaczny. Na drugim marginesie dodam, że Autor, od dnia opublikowania tego fragmentu dziennika, powinien chyba zdecydowanie bardziej obawiać się Pani Eweliny niż Pana Ratownika. Autor jest świadom zagrożenia, które na siebie ściągnął i już dzisiaj po południu udaje się do Mielca w celu zakupienia drzwi przeciwpancernych oraz wystosowania do odpowiednich organów prośby o udzielenie pozwolenia na posiadanie broni i przydzielenie ochrony wszystkich służb. Ponadto ponownie dziękuje rodzicom za fakt ubezpieczenia mnie. Ech, najbliższe noce będą niespokojne…

            Ostatni konkurs na oazie – pt. „Najlepszy przyjaciel łóżka”. Nominowani: Kamil „mała opatrzność” i Damian nr 1. Walczyli dzielnie, jak dwa niedźwiedzie w okresie zimowym. Trud włożony w tę rywalizację na pewno nie będzie zapomniany (czy „Syrenki” się o to zatroszczą?). Długo szli łeb w łeb. Szala zwycięstwa przechylała się to na jedną, to na drugą stronę. Nikt nie był w stanie przewidzieć, kto ostatecznie zgarnie wszystko. Tak było przez wiele dni. A potem Kamil prawie cały dziewiąty dzień spędził na nogach. Zaprzepaścił wszystko. Te godziny których nie poświęcił dla łóżka okazały się nie do odrobienia. Owszem, ostatniego dnia próbował, starał się. Na próżno. Zwycięstwo odpłynęło jak motorówka Ks. Dajrektora. Kamilu, było wtedy wstawać? Tak więc ogłaszam wszem i wobec: zwycięzcą zawodów o tytuł: „najlepszego przyjaciela łóżka”, po morderczym boju, został Damian nr 1! Gratulujemy!!!

            Oczywiście ani jeden ani drugi konkurs nie przewiduje nagród dla zwycięzców. Sam zaszczyt uczestniczenia w nich i poczucie spełnienia, jakie daje wygrana, powinny wystarczyć i to z nawiązką.   

            Wróćmy wreszcie do tego, co się dzisiaj działo. A działo się sporo. Ostatnia Msza Św., ostatnia podróż z kościoła do szkoły, ostatni obiad. Zapowiadałem, że pakowanie zje sporo czasu (swoją drogą ciekawe jak smakuje czas? Pewnie jest gorzki, bo to wredna menda). Tak też się stało. Na dodatek kurier przywiózł mocno spóźnione koszulki (zamówione wiele dni temu przez Kamila „małą opatrzność”, który wtedy akurat nie spał, a może właśnie spał i dlatego tak długo to wszystko trwało – pewnie szły na piechotę z Grenlandii - ale długa dygresja mi wyszła uff). Koszulki oazowe to tradycja stara jak sama oaza. Są całe czarne (w sumie to chyba granatowe – dziewczyny są lepsze w rozróżnianiu kolorów – choć jestem z siebie dumny, że użyłem w dzienniku takich terminów jak błękitny czy lazurowy), nie mają żadnych napisów, żadnych symboli, nic nic. Ot, zwykła, czarna (granatowa) koszulka. Jednak dzięki patyczkowi, niewielkiej ilości Domestosu, farbkom, bogatej wyobraźni i sprawnej ręce na tym „niczym” pojawia się piękno (mniej lub bardziej urodziwe). Z tyłu koszulki ma się znaleźć to: OAZA KOŁOBRZEG 2015, WAKACJE Z BOGIEM, LSO (NAZWA MIEJSCOWOŚCI). Kolejność, ułożenie są dowolne. Z przodu: co się komu wymarzy, byle nie wulgarnie. Napisy, rysunki, znaczki itd. Ograniczeniem dla wulkanu twórczości jesteśmy jedynie my sami. Tuż za naszymi plecami stoi też przyzwoitość, która domaga się respektowania jej obecności. Tak więc tylko ta dwójka. Robienie koszulek, choć jest ogromną frajdą, zabiera jednak cenne minuty. Były pokoje, których to nie zraziło. Inne z kolei nie podjęły wyzwania koszulek, co jest poniekąd smutne.

            Ostatnie spotkanie z morzem, czyli de facto pożegnanie. Każdy pokój robił to osobno. Morze było okropnie wzburzone, wkurzone, poirytowane itd., bo oto wiatr tańczył jakiś wyjątkowo skoczny numer. Hulał jak na weselu po 24. Oj, działo się. Wiatr jest trochę jak rodzeństwo – lubi działać na nerwy. Morze, nie ma co się denerwować. Jak tańczący braciszek zobaczy, że cię to rusza, będzie jeszcze gorzej.

            Wszystkiemu temu przypatrywało się z góry niebo. Aż dziw, że po tej tchórzliwej akcji z nocy miało czelność się w ogóle pokazać. Dobrze jednak, dziś dzień wyjazdu, takie sytuacje rozmiękczają serca. Możemy mu chyba wybaczyć, tym bardziej, że dziś jest potulone jak baranek. Nie jest ani za gorąco, ani za zimno. Białe chmurki toczą się powoli. Wygląda, jakby próbowało przeprosić, coś na kształt tego kotka ze Shreka, jak robił te ogroooomne oczy. Co prawda ten sam kot próbował wcześniej rozszarpać zielonemu przystojniakowi nogę, ale ostatecznie zostali przyjaciółmi. Może zadziała to i w tym przypadku? Hm, zastanowimy się… Zobaczymy jak się będzie zachowywało za rok. Na razie pogrozimy mu łobuzersko, pomachamy morzu i wracamy do szkoły. 

            W szkole druga część apelu – dużo krótsza. Podziękowania Ks. Dajrektora nabrały materialnych kształtów w postaci drobnych upominków. I to by było wszystko jeśli chodzi o apele. Zaraz po nim ostatnia kolacja.

Dzień zleciał jeszcze szybciej niż poprzedni. Przemknął między zdarzeniami jak Pendolino. Chciałoby się, żeby oaza trwała dłużej. Nic z tego. Dziesięć dni to dziesięć dni. Sorry, taki mamy klimat :-) Czas nic się nie zmienił, jest wredny tak jak był. To w sumie wszystko jego wina. Przyspieszał i przyspieszał, aż przyszła w końcu 19 – godzina odjazdu. Było trochę przytulania, kilka łez, sprawdzenie obecności i W DROGĘ! Dom czeka…

            … WTOREK RANO … autobusy dotarły. Uczestnicy u siebie. Stało się. Oaza Kołobrzeg 2015 dobiegła końca!

 

 

NOTA OD AUTORA: Prawie 4 strony!!! To powinno zamknąć usta co poniektórym Administratorom-Dajrektorom, mającym nieustanne pretensje i odbierającym Bóg zapłać jak cukierki dzieciom.

« powrót

Dodaj nowy komentarz

Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW