Wakacje z Bogiem
oazy Liturgicznej Służby Ołtarza

dziennik oazowy 2011

ROZDZIAŁ 9 – PIĄTY DZIEŃ OAZY - Wycieczka do Świnoujścia i Nocna wyprawa

komentarzy: 0

            Dzisiaj rano postanowiłem w pełni uczestniczyć w porannej rozgrzewce (bo wczoraj odpuściłem sobie bieganie). To był idiotyczny pomysł. Zdałem sobie z tego sprawę po 100 metrach. Jakoś dowlokłem się do końca.

            Czekając na śniadanie rozmawiałem z Karolem. Obok nas przechodził właśnie Ks. Tomek, gdy dopadła go pani pielęgniarka. Zaczęła skarżyć się na dzieci, że nie śpią w nocy tylko chodzą po korytarzach i głupie żarty robią, np. podmieniają tabliczki na toaletach.

Ks. Tomek przytakiwał, mówił, że ma absolutną rację. Spojrzałem wymownie na Karola.

On zrobił to samo. Wytrzymaliśmy. Nie roześmialiśmy się.

            Na odprawie Ks. Paweł zapowiedział, że Łukasz jednak przyjedzie, a my mamy być dla niego mili i wspierać go, ponieważ jest w delikatnej rozsypce. Czyli jednak nici z pomocy.

            Po śniadaniu jak zwykle przeszła komisja czystości. Mój pokój jak zwykle zgarnął 10 punktów. Zaraz, zapomniałem, że jeszcze nic nie mówiłem o komisji czystości. No więc tak: codziennie po śniadaniu, pani pielęgniarka i 2 wychowawców chodzi po pokojach  sprawdzając, czy jest czysto, czy nie. Skala ocen mieści się w przedziale od 0 do 10. Wyniki są odczytywane na każdym apelu. Na razie bezkonkurencyjny był pokój 114 z maksymalną liczbą punktów. Oby się tylko chłopcy nie pogorszyli.           

Dziś druga z trzech wycieczek – tym razem do Świnoujścia. Po drodze, zgodnie z oazowym zwyczajem, zatrzymaliśmy się w punkcie widokowym na wspólne zdjęcie. W Świnoujściu podziwialiśmy okolicę z latarni morskiej, jedliśmy kanapki na falochronie i płynęliśmy promem. Potem oaza rozdzielała się pokojami. Można było iść na plażę lub na miasto. Zdecydowaliśmy z Ks. Januszem, że kto z naszego pokoju będzie chciał iść na pizzę pójdzie z nim, a kto chce iść na plażę, ze mną. Moja grupa, łącznie ze mną, liczyła 1 osobę. Miałem więc kilka godzin tylko dla siebie. Błogosławiona wolność.

            Ruszyłem na plażę. Niewiele osób się tam wybierało, ze względu na złą pogodę. Cały czas delikatnie padało. Wybrałem się z Ks. Pawłem na kebaba. Po drodze prosiliśmy Pana Boga żeby przestało padać. Zaczęło padać mocniej. Bóg to ma jednak poczucie humoru.         Animatorom złą pogoda nie przeszkodziła w wykąpaniu się. Szczerze mówiąc w wodzie było cieplej niż na lądzie. Czas jakby przyspieszył i ani się człowiek nie obejrzał a już trzeba było wracać.

Powrót i wieczór nie odznaczały się niczym szczególnym. Standardowo. Za to noc była pełna zdarzeń…

Było już po 1 w nocy, gdy wraz z Michałem, Filipem i Kabanosem siedziałem w pokoju Ks. Pawła. Michał pisał na tablicę ogłoszeń plan następnego (w zasadzie już dzisiejszego) dnia, a Filip i Kabanos ukrywali się przed Ks. Lesiem, który miał tej nocy dyżur nocny i przyłapał ich na chodzeniu bez celu po korytarzu. Robili to prawie każdej nocy. To taki syndrom młodego animatora. Prawie każdy nowy animator, zaraz po różańcu wychodzi na korytarz. Po co? Żeby pokazać, że nie jest zwykłym uczestnikiem, że ma tę odrobinę władzy, że może korzystać z dodatkowych uprawnień. Zwykle po 3 dniu chodzą ospali i nic im się nie chce. Znacznie utrudnia to wykonywanie obowiązków.

Wracam do pokoju Ks. Pawła. Przyszedł gospodarz i mówi do mnie żebym ubrał dzienne ubranie. Nie powiedział po co, ale łatwo było się domyślić, że chodzi o Łukasza, ponieważ jeszcze pół godziny temu Ks. rozmawiał z nim przez telefon. Wyglądał wtedy na zmartwionego.

            Kim właściwie jest Łukasz? To uczeń Ks. Pawła. Wtedy szlachetny i dobry człowiek, radosny i pogodny. Wszyscy go szybko polubili. Łukasz przez kilka dni na pierwszej oazie mocno się udzielał, szczególnie jeśli chodzi o pogodne wieczory. Musiał jednak wyjechać po kilku dniach, ponieważ składał papiery na studia. Dostał się na nie bez problemu, ale przez to nie było go na kolejnych oazach. Nasz kontakt z nim znacząco osłabł, ale dochodziły niepokojące wieści o nim. Podobno się zmienił, już nie był taki pogodny i radosny jak kiedyś, a raczej smutny i jakby podłamany.

            Ok. 1:30 siedzieliśmy we trójkę w samochodzie. Oprócz mnie i Ks. Pawła był jeszcze animator Paweł, jako kierowca. Przed wyjazdem Ks. zadzwonił do Łukasza, żeby dowiedzieć się gdzie właściwie jest i przekonać go, żeby się pakował (bo wciąż się wahał).  Włączył głośnik, żebyśmy mogli usłyszeć w jakim jest stanie. Nie da się opisać tej rozmowy. Przytoczę tylko jej fragment.

KS: Łukasz, powiedz nam gdzie jesteś, przyjedziemy po Ciebie.

            20 sekund milczenia

Łk: Nie, nie przyjeżdżajcie.

KS: Ale to żaden problem. Łukasz pakuj się. Przyjedziemy po Ciebie, tylko powiedz nam gdzie jesteś.

            20 sekund milczenia

Łk : Nie, nie, nie trzeba.

KS: Łukasz, powiedz nam gdzie jesteś, przyjedziemy, wszyscy się ucieszą z Twojego przyjazdu.

            30 sekund milczenia

Łk : Nie, padło za dużo słów.

KS: Jakich słów?

            10 sekund milczenia

Łk : Niepotrzebnych.

I tak dalej. Nie dało się z gościem dogadać. I ten głos! Jakby umierał. Pamiętam go do dziś. Taka rozmowa trwała ponad 10 minut. Na szczęście, chyba z pomocą samego Ducha Świętego, Ks. wyciągnął z niego miejsce pobytu. Nie usłyszał jednak zapewnienia, że Łukasz sie spakuje i wróci z nami do Pobierowa. Jednak Ks. w imię przyjaźni zdecydował się zaryzykować.

Łukasz był w jakiejś zapadłej wiosce, której nazwy nie mogę i nie chcę sobie przypomnieć ok. 90 km od Pobierowa. Po drodze dużo się za niego modliliśmy. Sporo też rozmawialiśmy, a w zasadzie to Ks. Paweł mówił. Po drodze zadzwonił do Łukasza jeszcze raz. Rozmowa wyglądała podobnie. Chłopak nie miał najmniejszego pojęcia co robić, jakby ktoś wyłączył mu magicznym przyciskiem tę część mózgu, która odpowiada za decydowanie. Dobrze, że nie kazał nam zawrócić. I znowu ten głos, to wrażenie że wydaje tam ostatnie tchnienia, że koniec jest już bliski. W trakcie podróży Ksiądz zadzwonił jeszcze 3 raz, aby zdobyć bardziej szczegółowe informacje, ponieważ byliśmy już blisko celu. Łukasz miał pokierować Pawła, bo sami nigdy byśmy tam nie trafili. Zgodnie z jego wskazówkami wjechał do lasu. Ciemno dookoła, ani żywej duszy, tylko drzewa niespokojnie chwiały się to do przodu to do tyłu, jakby chciały nas wystraszyć że zaraz spadną i zgniotą tę mała metalową łupinkę w której siedzieliśmy. Mogły się też z nas naśmiewać, że wkroczyliśmy do ich wiekowego królestwa i myślimy, że to my tu rozdajemy karty. Las w nocy może być bardzo nieprzyjemny i straszny. Gdyby tak nagle zgasły światła w samochodzie, pogrążylibyśmy się w nieprzeniknionych ciemnościach, których ani księżyc, ani żadna gwiazdka by nie rozświetliła. Jak to dobrze, że nie zgasły. Paweł jechał i jechał, bardzo powoli, bo leśna droga pozostawiała wiele do życzenia. Końca nie było widać. Zdawało nam się że ta „pustelnia” jest na skraju świata, gdzie sięga tylko Bóg i dzika natura. Ale obecność drogi i małego domku na jej końcu wskazywała na coś innego. Wreszcie dojechaliśmy. Przed drzwiami stał Łukasz. Nie było go dobrze widać, stał za nieprzeniknioną ciemnością.

Ja i Paweł zostaliśmy w aucie, ponieważ nie było wiadomo jak Łukasz zareaguje na nasz widok. Ks. Paweł wyszedł do niego i po krótkim powitaniu oboje zniknęli w drzwiach. Po kilku minutach zawołali nas do środka. To, co zobaczyłem, zdecydowanie przeszło moje wyobrażenia. Było gorzej niż źle. Chudy jak szpilka, dawno niegolony, jakby przygarbiony, na twarzy błąkał się dziwny uśmiech. Ale najgorsze były oczy. Bez życia, jakby puste w środku. Przywitał się z nami krótko, ale potem nie rzekł do nas słowa. Chodził bez celu, jakby czegoś szukał.

            Nie był nawet spakowany. Pakował się przy księdzu i gdyby nie jego pomoc robiłby to przez wieki. Z niezwykłym trudem opuszczał pustelnię, jakby coś zmuszało go, aby został. Ciągle się tam po coś wracał. Najpierw żeby zamknąć okno (choć było już zamknięte), później żeby sprawdzić kto jest na strychu, bo słyszał jakieś odgłosy stamtąd dochodzące. Twierdził przy tym cały czas, że czegoś zapomniał. Nie szło się z nim dogadać. Dobrze, że Ksiądz był zdecydowany i nie pozwolił Łukaszowi wrócić kolejny raz. Wsiadł wreszcie do auta. Mogliśmy wracać. Siedziałem z tyłu obok niego, ale nie odzywałem się wcale. Nie miałem pojęcia o czym mam z nim rozmawiać. On też niewiele mówił. Gdyby nie starania Ks. Pawła, pewnie całą drogę przebylibyśmy w milczeniu. On zadawał pytania, opowiadał co na oazie.

            Gdy wróciliśmy do szkoły było już po 4. Ks. pokazał Łukaszowi jego pokój i poszedł spać. Ja i Paweł zostaliśmy z nim i poszliśmy na jadalnię cos przekąsić. Panie kucharki zawsze zostawiały trochę chleba i dżem. Tak było i tym razem. Jedliśmy w milczeniu, Łukasz patrzył w okno. Nagle powiedział do nas przerażonym głosem: Gaś światło! Gaś światło! Byliśmy z Pawłem w szoku, nie mieliśmy pojęcia co się dzieje. Paweł zgasił światło. Wtedy wyszło na jaw, co tak bardzo wystraszyło Łukasza: ulicą szła grupka pijanych mężczyzn. Śpiewali coś. Normalna rzecz o tej godzinie. Łukasz przywarł do ściany między oknami i nasłuchiwał. Totalna paranoja. Dla mnie to było już za wiele. Poszedłem spać. Został z nim tylko Paweł.

« powrót

Dodaj nowy komentarz

Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW