Wakacje z Bogiem
oazy Liturgicznej Służby Ołtarza

dziennik oazowy 2011

ROZDZIAŁ 6 – TRZECI DZIEŃ - Prezentacje uczestników

komentarzy: 0

            Od rana pada. Nieciekawie. Ale nie trzeba iść na plażę, żeby się gimnastykować. Modlitwy i ćwiczenia odbędą się na sali gimnastycznej. Widać było, że uczestnikom sprawiło to radość. Jednak radość szybko zamieniła się w rozpacz. Ratownik zrobił taki trening, że ledwie wlekło się potem nogi. Zniknęły uśmieszki.

            Po śniadaniu zaczęło się rozpogadzać (na złość chyba) i można było iść na plaże. Przedtem jednak odbyła się szkoła śpiewu. Wyglądała w ten sposób, że wszyscy siadali mniej więcej w kole i zwracali się w kierunku prowadzącego i grającego. Prowadzący najpierw prezentował jak śpiewa się dany utwór, a potem śpiewali już wszyscy razem. Grający, jak łatwo wywnioskować, grał. Na gitarze. Tego dnia dzieci pokazały jak głośno umieją wrzeszczeć. A wrzeszczały „Gdzie jest Julian?!”. Oddawałem się wtedy błogiemu leniuchowaniu na swoim łóżku po tym morderczym treningu (w którym niestety też musiałem wziąć udział) a tu z góry, bo tego dnia szkoła śpiewu była na piętrze, a ja ma pokój na parterze, doszedł do mnie ten nieludzki wrzask. Cóż było robić, trzeba było zwlec się z łóżka, kolejny raz zagrać przygłupa i dopiero dały sobie spokój. Zaczął mnie już wkurzać ten Julian. A jeśli w przyszłości zdecyduję się na nieposiadanie dzieci to myślę, że ta decyzja wyniknie w dużej mierze z tego właśnie zajścia. Bo tak ogólnie to nie lubię małych dzieci. Ale STOP, zagalopowałem się. To nie opowieść o moim światopoglądzie. Wracamy do oazy. Dodam jeszcze tylko, że po tym małym incydencie nie mogłem już w spokoju odpoczywać bo cały czas bałem się, że znowu zaczną krzyczeć.

            Szkoła śpiewu wreszcie dobiegła końca. Można było iść na plażę. Najpierw był oczywiście obiad, żeby nikt nie szedł tam głodny i nie kupował jedzenia na mieście. Ceny jedzenia nad morzem są przerażające. Lód – 6 zł, małe frytki – tyle samo, kebab – od 12 zł w górę. A im bliżej plaży tym drożej. Oczywiście ceny nie dotyczyły tylko jedzenia. To samo pamiątki. Chińska tandeta o 5 – krotnie wyższych cenach. A dzieci i tak to kupowały. Żeby chociaż to były jakieś pamiątki z którymi później będzie można związać jakieś miłe wspomnienia. Ale nie – zwykle były to jakieś bezwartościowe zabawki jak pistolety na kulki czy inne tego typu graty. Może jestem zbyt surowy dla dzieci, ale żeby tylko dzieci z podstawówki to kupowały. Prym w wydawaniu pieniędzy na to badziewie wiodło gimnazjum, na czele z 3 klasą. I można było tłumaczyć że to głupie i bezsensowne. Jak o mur. Jeśli nie szkoda im pieniędzy…

            Doszliśmy nareszcie na tą plażę. Tutaj mogłem dokończyć przerwany przez dzieci odpoczynek. W zasadzie to wydawało mi się, że będę mógł. Oczywiście pomyliłem się. Na skutek Słońca odezwały się plecy. Zapomniałem wczoraj nasmarować się kremem do opalania i plecy zrobiły się mocno czerwone. To bym jeszcze jakoś zniósł, ale zmianie barwy towarzyszyło pieczenie i ból. Ciężko się wtedy śpi, oj ciężko. Porcja kremu na plecy poprawiła jednak sytuację i mogłem zaspokoić tkwiącego we mnie od 18 lat lenia. Leżałbym tak pewnie cały czas, gdyby nie propozycja Pawła żeby iść do wody. W końcu opalać można się na podwórku, a Morza nie przytaszczę na Breń[1].

            Przyznaję się szczerze i bez bicia, że animatorzy kąpali się z dala od grupy, bez ratownika. Przecież nie będziemy czekać w kolejce 30 minut, żeby pochlapać się przez kwadrans. Coś nam się w końcu od życia należy. Wykonujemy tutaj dość znaczącą pracę. Na usprawiedliwienie mogę dodać, że nigdy nie chodziliśmy się kąpać bez wiedzy któregoś z księży, oraz jesteśmy ludźmi odpowiedzialnymi, czego dowodem było to, że nikt się nie utopił.

            Dzieci małe skończyły wcześniej i poszły na szkołę liturgii, dzieci duże miały jeszcze pół godziny dla siebie (tak było zresztą prawie każdego dnia). A potem wszyscy razem uczestniczyliśmy we Mszy św. W ogłoszeniach końcowych Ks. Paweł zapowiedział, że na dzisiejszym pogodnym wieczorze, każdy pokój ma wystąpić przed resztą oazy, przedstawić nazwę pokoju, okrzyk i  przygotować skecz, prezentację, jakąś grę. Nie wszystkim pokojom udało się zaprezentować tego wieczoru. Pozostała grupa zrobiła to dopiero 9 dnia, mieli więc mnóstwo czasu na przygotowania.

            Nadszedł wreszcie wieczór (po obfitej kolacji oczywiście). Wszystko odbywało się na placu zabaw za szkoła. Cały sprzęt czekał na użycie. Mikrofony, gitary, wszystko, wszystko. Zaczęły pokoje najmłodsze. Każdy coś przygotował. Nie było pokoju, który dał plamę. Różnie to wychodziło, raz lepiej, raz gorzej. Ale jak na kilka godzin które były na przygotowanie, należy się szacunek za pomysłowość i kreatywność. Szczególnie dla pokoju 14 który zdążył nawet ułożyć własną piosenkę. Przerywnikiem pomiędzy był śpiew szant. Perełką został pokaz umiejętności naszych najbardziej walecznych oazowiczów: Krzyśka, Hawy i ratownika Michała. Zaprezentowali m.in. jak radzić sobie z dyskotekowymi cwaniakami i jak w prosty sposób obronić się przed napastnikiem. Pomagał im mały Bartek który wzbudził największy entuzjazm, pewnie dlatego, że był najmłodszy. Ostatnim pokojem który zdążył tego wieczoru coś zaprezentować był 114. Nazwa – „Chata Juliana”. Okrzyk –  „ Król Julian – Vivat”. Prezentacja: tańce i śpiew z podrzucanym królem Julianem. Wiem, na kilometr jedzie od tego egocentryzmem. Jak to teraz piszę to aż mi siebie żal. Ale wtedy wydawało się to fajne. Przynajmniej dla młodszej części widowni. I niestety dla mnie. Król Julian nareszcie przestał być drażniący i nie denerwowałem się już na chłopaków, którzy chcieli mi przybić piątkę. Przynajmniej tyle dobrego z tego wynikło.

            Mój brat Mirek nie zauważył jednak tych dobrych stron i na wieczornych modlitwach prosił: „Żeby mój brat już więcej się nie wydurniał”. Hehehe.

Tak swoją drogą, to nie pisałem jeszcze jak wyglądają modlitwy wieczorne. O ile rano zawsze modlimy się na plaży (no chyba, że pada) o tyle modlitwy wieczorne odbywają się w różnych miejscach, ale nigdy w szkole. Na parkingu przy kościele, w lesie, na plaży. Można ją podzielić na 2 etapy. 1 etap to modlitwa w pokojach „pokojami”. Każdy „pokój” ustawiał się w kole, w pewnej odległości od innych grup. Prowadzący modlitwę, zwykle animator albo wychowawca, trzymał „mikrofon do Nieba”, czyli zwykły patyk, który był czymś w rodzaju przekaźnika naszej modlitwy. Zaczynał od podziękowania Panu Bogu za coś i podawał patyk osobie stojącej obok niego. Ten także dziękował, podawał „mikrofon” następnej osobie itd. Kiedy „mikrofon” wrócił do prowadzącego, ten z kolei przepraszał za coś i mikrofon znowu  robił koło. Następne były prośby. I sytuacja znowu się powtarzała. Prowadzący prosił itd. itd. Na końcu następowała krótka modlitwa i to był koniec modlitwy w pokoju. Gdy wszystkie grupy skończyły rozpoczynał się 2 etap: modlitwa całej oazy. Ustawialiśmy się w ogromne koło. Ksiądz podawał ogłoszenia, śpiewaliśmy zawsze te same 2 pieśni, „Późno już, otwiera się noc” oraz „Złącz Panie razem nas”, następowało błogosławieństwo i to był koniec modlitw wieczornych. Sama modlitwa trwała ok. 20 minut, razem z drogą nawet ponad godzinę. Pozostawał do zmówienia jeszcze różaniec w pokojach, aby dobrze się wszystkim spało. Tak właśnie kończył się oazowy dzień dla uczestników.

Animatorzy byli aktywni jeszcze jakiś czas. Większość szła się kąpać po uczestnikach, żeby nie musieć czekać w kolejce. Przedtem niektórzy grali w siatkówkę, inni rozmawiali, jeszcze inni pili mleko (nasz oazowy zwyczaj) grając sobie w karty. Jednak nie wszyscy tej nocy byli do końca szczęśliwi. Filip martwił się, bo dzieci z jego pokoju nie chciały spać. Z tym jest zawsze problem. Gdy oazowicze trochę odpoczną (co w końcu jest celem oazy), robią się aktywni nie tylko w dzień, ale i w nocy. Ciężko ich wtedy doprowadzić do porządku. Wiem, bo nieraz przez to przechodziłem. Dlatego właśnie wymyśliliśmy różaniec. Oczywiście nie wszyscy zasypiają, a wtedy zaczynają się rozmowy, jedzenie wszystkiego co popadnie, rytualne marsze do łazienki, bawienie się telefonami. Ja spotkałem się z 2 sposobami rozwiązywania tego problemu: pierwszy, bardziej delikatny polegał na przeciąganiu różańca w nieskończoność. Tak robił mój wychowawca na oazie w 2010 roku. Zaczynał normalnie, a potem mówił coraz wolniej, i wolniej, i ciszej, i ciszej. 20 minut, 30 minut, ponad 40. Dzieci nie miały szans. Padały jak trupy. Drugi, bardziej brutalny, to wyciągnięcie delikwenta na korytarz przez wychowawcę, danie mu do ręki mopa, i zagonienie do czyszczenia łazienek. Na drugi dzień delikwent był już bardzo grzeczny.

 Wracając do Filipa. Miał chłopak małe załamanie. No ale cóż, nikt nie obiecywał, że animatorzy będą mieć lekko.

 


[1]  Dla tych którzy nie wiedzą, mieszkam w Brniu Osuchowskim. Nigdzie indziej na świecie nie ma drugiego takiego miejsca jak to, gdzie żyje ktoś taki jak ja.

« powrót

Dodaj nowy komentarz

Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW