Wakacje z Bogiem
oazy Liturgicznej Służby Ołtarza

dziennik oazowy 2011

ROZDZIAŁ 2 – DWA DNI PRZED OAZĄ

komentarzy: 0

            O podróży do Bochni nie ma co się rozpisywać, ponieważ nic ciekawego się podczas niej nie wydarzyło. Pomodliliśmy się, porozmawialiśmy, zauważyliśmy kilka wykroczeń. Standard.

            Dojechaliśmy.  Ks. Paweł jak zwykle zabiegany, 2 telefony w ręku, sto spraw na głowie. Gdy tylko Ks. Lesław odjechał, dostaliśmy przydział obowiązków. Ja, Krzysiek i Michał rozdzielaliśmy pokoje, Paweł natomiast zgrywał filmy potrzebne na oazie na komputer. Byli z nami również Myziok i Dunis, animatorzy z Wielogłów. Przyjechali kilka godzin przed nami i nie wiedzieć czemu, był to dla nich wielki powód do radości i dumy. Oni to zajmowali się, jak to wtedy finezyjnie ujęliśmy, pracą fizyczną, czyli np. myciem samochodu, zakupami.

            No więc pracujemy, każdy nad swoim zadaniem. Jeśli komuś wydaje się, że praca intelektualna, którą rozdzielanie pokoi niewątpliwie jest, nie męczy, widać nigdy intelektualnie nie pracował. Siedzieliśmy przed komputerem ponad 4 godziny próbując jak najlepiej umiejscowić uczestników. A życzeń było w tym roku dość sporo. A to bracia chcieli być razem, a to z danej parafii było tylko 3 ministrantów których nie wypadało rozdzielać, a każdy był w innym wieku, a to z rocznika 1995 było 10 osób a miejsc w pokoju tylko 8 itd. itd. Zabawy co nie miara. Takie trochę puzzle. Dodatkowo do każdego pokoju trzeba przydzielić animatora i wychowawcę.  Ale nie te wszystkie trudności były najgorsze. Najgorsze było przeświadczenie (które mieliśmy pamiętając poprzednie lata), że gdy Ks. Paweł przyjdzie sprawdzić nasze dzieło i tak połowę każe pozmieniać. Nie myliliśmy się. Może nie w aż tak dużym stopniu jak można by przypuszczać, ale jednak trzeba było wprowadzać zmiany . O 17 poszliśmy na Mszę św. Nie wszystko jednak było jeszcze zrobione. Kończyliśmy więc po niej. Łącznie ok. 5 godzin kombinowania, ustawiania.

            Do Pobierowa mieliśmy jechać na 2 samochody. Drugim kierowcą był Ks. Tomek, vice kierownik oazy. Miał zjawić się pod plebanią około 20 swoją nowiutką Skodą. Z tą Skodą to był zresztą niezły numer. Może nie powinienem tego pisać, ale niech stracę. Ks. Tomek kupił nowy samochód na benzynę. Był jednak przekonany (co gwarantowano w salonie samochodowym), że będzie mógł zmienić go na gaz. I to był główny powód dlaczego to auto w ogóle kupił, choć wcześniej zarzekał się wielokrotnie że NIGDY nie kupi nowego samochodu w salonie. Gdy po 2 tygodniach od zakupu chciał to uczynić, okazało się, że ten model Skody nie może być przerobiony na gaz, ewentualnie pół na pół. Sama zmiana byłaby tez ogromnie droga. Koszty więc zwróciłyby się mniej więcej wtedy, gdy Ks. Tomek byłby już starym dziadkiem podpierającym się laską.

            W oczekiwaniu na przyjazd vice kierownika czyniliśmy ostatnie przygotowania. Pakowaliśmy księdza, robiliśmy kanapki na drogę, słuchaliśmy ostatnich instrukcji dotyczących podróży i jutrzejszego dnia.

            Wreszcie przyjechał Ks. Tomek. Zapakowaliśmy się do samochodów i mogliśmy ruszać. Łącznie było nas 9: 2 księża, 4 animatorów z Czermina, 2 animatorów z Wielogłów oraz Filip – animator z Bochni, pierwszy raz na oazie. W samochodzie Ks. Pawła (Renault Scenic) jechali, oprócz wiadomego kierowcy, Paweł, Krzysiek, Myziok i Duniś. W 2 samochodzie ja, Michał i Filip. Do Pobierowa mieliśmy niecałe 900 kilometrów (gdy pierwszy raz jechaliśmy na oazę na liczniku pokazało się dokładnie 888 km). Tak więc czekało nas 8 – 9 godzin jazdy. Nie było więc na co zwlekać, pojechaliśmy.

            Nie wiem co działo się w samochodzie Ks. Pawła podczas podróży, ale mogę opowiedzieć jak to było u nas. Odmówiliśmy wspólnie brewiarz, ale poza tym nie rozmawialiśmy za wiele. Szczerze mówiąc to było dosyć drętwo.

            Podobał mi się styl jazdy Ks. Tomka. Dla niego przepis o utrzymywaniu odpowiedniej odległości za jadącym z przodu samochodem jakby nie istniał, a na pewno był mocno zmodyfikowany. Szczególną radość sprawiała mu jazda 3 metry za samochodem Ks. Pawła     i świecenie światłami do wnętrza pojazdu. Przy czym radość nie była wyrażona śmiechem, czy nawet uśmiechem. Śmiech Ks. Tomka ma tę specyficzną cechę, że jest niewidzialny. Michał podczas podróży siedział całkiem spokojnie. Filip na początku gadał, może nawet w nadmiarze, ale potem również uspokoił się.

            Podróż podróżą, ale dobrze jest wreszcie dotrzeć na miejsce. Nasz cel, czyli plebanię w Pobierowie osiągnęliśmy przed godziną 4 nad ranem. Jeśli ktoś chce wiedzieć, co jest ciekawego w Pobierowie o godzinie 4, to szczerze odpowiadam, że nic. Oczywiście „nic” dotyczy sklepów, restauracji i innych obiektów architektury oraz wszelkiego rodzaju usług. Jeśli chodzi o ludzi, sytuacja wygląda trochę inaczej. Często pojawiali się osobnicy o widocznych śladach pobytu na całonocnej imprezie, kroczący krokiem niepewnym, czasami fałszywą nutą śpiewający różnego rodzaju polskie pieśni, bynajmniej nie patriotyczne.

            Wróćmy jednak do naszego położenia. Byliśmy na miejscu, ale nie mieliśmy pojęcia, co teraz począć. Księdza proboszcza Zygmunta nie wypadało budzić. Zapewne nie byłby zadowolony gdybyśmy to uczynili. Pojawiły się 2 opcje. Opcja numer 1: pójście spać do samochodu lub na dmuchanym materacu, ewentualnie na ławce przed kościołem. Opcja numer 2: pójście na plaże na wschód Słońca. Wszyscy animatorzy z Czermina byli zgodni, że opcja druga jest bardziej atrakcyjna. Reszta poszła spać.

            Wzięliśmy koce i ruszyliśmy powoli na plażę. Nasza umiłowana gwiazdka nie ukazała jeszcze swego oblicza znad linii horyzontu. Trzeba więc było cierpliwie czekać. Oczekiwanie umilaliśmy sobie rozmową na ważne i mniej ważne tematy. Nagle podszedł do nas chłopak mniej więcej w naszym wieku, żywy dowód na prawdziwość słów, które umieściłem 2 akapity wyżej. Na początku zapewnił, że przybył w pokojowych zamiarach (w końcu nas było czterech a on sam jeden). Pytał o drogę na przystanek autobusowy. A choć język mu się przy tym trochę plątał i nie stał najpewniej na nogach, ogólny obraz nie był tragiczny. Gdy grzecznie wskazaliśmy mu kierunek, stwierdził, że musi iść w przeciwnym kierunku, bo gdzieś tam jest jego mieszkanie. Zaczął się rozgadywać, a to o tym nieszczęsnym mieszkaniu, a to o innych mało interesujących rzeczach, co zdecydowanie zepsuło jego ogólny obraz gdyż sklejał zdania nieporadnie, a niektórych słów po prostu nie dało się zrozumieć.

            Nareszcie poszedł. W trakcie naszego nieoczekiwanego spotkania, Słonce zdecydowało, że się jednak dzisiaj pokaże i zaświeciło znad linii morza. Piękny widok, szczególnie że z drugiej strony wiatr gonił ogromną, czarną chmurę. Jej brzegi zostały oświetlone przez promienie Słońca i nagle czerń stała się fioletem. Dopiero po kilku minutach niemego podziwiania dotarło do nas, że ta piękna chmurka może przynieść deszcz. Na szczęście nie przyniosła. Ale zasłoniła Słońce i zrobiło się zimno. A w tle nieprzerwanie szumiało morze, ogromne, spokojne i mokre…

            Po tej dawce wrażeń Pawła i Michała zmorzył sen. Na placu boju pozostałem ja i Krzysiek. Żeby nie usnąć zaczęliśmy grać. Gra nie była jakoś specjalnie wyszukana: rzucanie do siebie kamykiem. Na punkty. Kto wygrał ten wygrał, nieistotna informacja, ważne, że dobrze się bawiliśmy.

            Kiedy zimno stało się nie do wytrzymania, a nasze stopy zaczynały zamieniać się w bryły lodu, podjęliśmy decyzję o powrocie.

            Pod plebanią większość już nie spała. Byliśmy tego pewni, ponieważ ich nie było. Jeszcze tylko Myziok pochrapywał w samochodzie, a Ks. Tomek wiercił się na materacu. Pozostali poszli zrobić zakupy. Gdy wrócili, zjedliśmy pierwsze śniadanie w Pobierowie. Nie było wyszukane, ale za to bardzo smaczne. Pasztet z puszki i chleb. Pycha. Głodnemu wszystko smakuje.

            Ks. Proboszcz już nie spał. Dał nam do dyspozycji mały pokoik z 3 łóżkami. Ci którzy mieli ochotę jeszcze (lub wreszcie) pospać, jakoś się pomieścili. Odpłynęliśmy w krainę snów.

« powrót

Dodaj nowy komentarz

Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW