Wakacje z Bogiem
oazy Liturgicznej Służby Ołtarza

dziennik oazowy 2011

ROZDZIAŁ 14 – DZIESIĄTY DZIEŃ OAZY - Pożegnania nadszedł czas...

komentarzy: 0

            Była 4:30 gdy zadzwonił budzik. Jedno spojrzenie za okno wystarczyło, aby stwierdzić, że nici z porannej Mszy na plaży.

            Poranna Msza to kolejna oazowa tradycja. Odprawia się ją, gdy wschodzi Słońce. Na plaży. Żeby całe przedsięwzięcie wypaliło, gimnazjaliści z animatorami muszą wstać półtorej godziny wcześniej, czyli ok. 3:30, aby przygotować ołtarz. Biorą z jadalni stolik i zasypują go piaskiem. Gdy ma odpowiednia objętość i jest w miarę stabilny, oklepuje się go żeby ładnie wyglądał i robi krzyż z kamieni, żeby wyglądał jeszcze ładniej.

            W tym roku pokój 114 nie musiał robić ołtarza, bo wygrał konkurs czystości, dlatego można było spać godzinę dłużej. Co z tego, kiedy okazało się, że Mszy nie będzie, ze względu na fatalną pogodę.

            Poranek był więc standardowy. Warto wspomnieć, że o 7 pogoda była już dobra. Złośliwość losu. Była więc rozgrzewka (której by nie było, gdyby Msza wypaliła) z której wszyscy niezmiernie się cieszyli.

            Po śniadaniu miało miejsce sprzątanie generalne, wszak to ostatni dzień. Zamiatanie, pakowanie, ścielenie łóżek. Przerwą w pracy był apel, też uroczysty i wyjątkowo długi. Podziękowaniom nie było końca. Najpierw Księża, potem wychowawcy (każdy z osobna), animatorzy. Rozdawanie prezentów. Najbardziej wszystkim podobał się samochód Ks. Tomka, który od razu przeszedł chrzest bojowy od nowego właściciela. Po prezentach koszulki i wspólne zdjęcia. Najpierw cała oaza, następnie sama kadra. I po apelu.

            Wracamy do sprzątania. W zasadzie to nie było już czego sprzątać. Chłopaki uwinęli się ekspresowo. Jak zwykle zresztą.

            A oto klimat ostatnich godzin przed wyjazdem do domu: Po korytarzu chodzą Zbychu, Duniś i Kabanos ubrani w sutanny. Zbychu gra na gitarze. Śpiewają wesołe pieśni. Wiele osób się do nich dołączyło. Zrobili niemały ruch na korytarzu. Ruch, ruch, nieustanny ruch. Chodzą, biegają, robią ostatnie zapasy na podróż. Sklepik pustoszeje. Przez 10 dni był pełen rozmaitych dobroci. Nie zostało nic. Żeby tak tego sklepiku całkiem nie pominąć, to sprzedawały w nim dziewczyny spożywcze dobra importowane z biedronki. Ciastka, napoje, chipsy, batony i tym podobne.

            Idziemy na Mszę. Ostatnią na oazie. Do niektórych to jeszcze nie dociera. Co do Mszy w notatkach zapisałem, że Kaśka bardzo ładnie śpiewała pobożne pieśni, a zaskoczeniem był Paweł, który zaśpiewał psalm, choć wcześniej tego na oazie nie robił i raczej nikt się nie spodziewał, że zrobi.

            Po Mszy ostatnie (ja chyba nadużywam tego słowa) plażowanie. Pogoda była dobra, ale nie wspaniała. Patrząc obiektywnie, pod względem pogody była to najgorsza oaza. Takich typowo wakacyjnych dni było 3. W pozostałe albo cały dzień było źle, albo jakąś jego część. Jeśli jednak chodzi o ludzi, o ich zgranie i relacje, to była chyba najlepsza oaza (no może pierwsza ją troszkę wyprzedza, ale jeśli tak, to niewiele). Dzisiaj na plaży doszły nowe atrakcje: banan i żyroskop. Banan to taki wodny kulig. Sanie mają kształt banana i mieści się na nim 10 osób. Najfajniejsze w bananie jest wpadanie do wody. Wiem, bo osobiście testowałem. Żyroskop natomiast to… nie umiem tego wytłumaczyć, mogę tylko tyle powiedzieć, że ostro się na tym kręci i jak się to robi za długo to głowa boli. (Zdjęcie) Tez wiem z własnego doświadczenia. Jeśli ktoś jest na tyle uparty, że musi wiedzieć jak to wygląda, niech zajrzy do wikipedii, tam rysunek doskonale odzwierciedla budowę i zasadę działania tego urządzenia.              

            Po plażowaniu przyszedł czas na ostatnią (znowu to słowo) kolację. Była dobra jak zwykle. Może nawet wyjątkowo dobra, bo pożegnalna.

            Nadszedł wreszcie czas odjazdu. Walizki były już popakowane i włożone do autokarów. Nastąpiło to, co dzieje się co roku: dziewczyny zaczęły ryczeć. Reszta była w miarę wesoła. 10 dni daje jednak w kość. Taką oazę docenia się dopiero z biegiem czasu, nawet po latach. Tam, w Pobierowie, chce się po prostu już jechać do domu. Choć niektórzy pewnie chcieliby zostać dużo dłużej. Nie ma się co oszukiwać, nie każdy ma w domu oazę spokoju. Ale to rozważania na smutny temat, a my teraz mamy radosne pożegnanie. Odłóżmy więc to na inną, poważną rozmowę.

            Kierowca odpalił silnik. Zamknęły się drzwi. Za oknem stał Ks. Paweł i machał nam na pożegnanie, a my machaliśmy jemu. U niektórych wciąż płynęły łzy. Autokar ruszył. Ks. Paweł nadal machał, a potem zniknął za najbliższym zakrętem.

« powrót

Dodaj nowy komentarz

Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW