Wakacje z Bogiem
oazy Liturgicznej Służby Ołtarza

dziennik oazowy 2011

ROZDZIAŁ 13 – DZIEWIĄTY DZIEŃ OAZY - Msza św. w obozie ZHP

komentarzy: 0

Przedostatni dzień. Koniec już tak blisko. Nawiasem mówiąc, niedziela. Zwykle idziemy wtedy na 10 na Mszę do kościoła parafialnego, ale to zrobiliśmy tydzień temu. Dzisiaj czekała nas Msza w obozie harcerskim. Ksiądz Paweł jest zaprzyjaźniony z  Hufcem ZHP Mszana Dolna. Często, jeszcze jako młody chłopak, jeździł na te obozy. Najpierw jako uczestnik, potem animator, czy jak to się tam to w takim obozie nazywa.

            Msza była do południa. Obóz mieścił się w lesie. Harcerze zawsze przyjmują nas bardzo przyjaźnie. Rozłożyliśmy cały sprzęt (oczywiście aby uświetnić liturgię, nie żeby zrobić wrażenie na harcerzach, a w zasadzie na harcerkach). Zrobiono prowizoryczny ołtarz ze stołu, biały obrus też się znalazł. Fajne są te Msze na świeżym powietrzu. Jest tak inaczej.

            Msza w obozie była pierwszy raz, może stanie się ona kolejną tradycją. W poprzednich latach tylko ich odwiedzaliśmy, dając krótki koncert i dzieląc się wrażeniami.    Po Mszy, też zgodnie z tradycją, tańczymy belgijskiego. Nie umiem wytłumaczyć jak się to tańczy, proponuję zajrzeć do Internetu. Powiem tylko tyle, że choć taniec jest dobrowolny, zawsze tańczy go mnóstwo osób. Kilka razy, aż komendantka obozu zaczyna się niecierpliwić. Trzeba więc zwinąć cały majdan. Oaza wraca do siebie.  

             A w szkole obiad. Tradycyjne niedzielne danie, czyli rosół. Nie pisałem wiele o paniach kucharkach, więc teraz skleję kilka słów. Jedzenie na oazie jest bardzo dobre. Naprawdę. Nie piszę tego, żeby komuś schlebić. Naprawdę było dobre. I było go dużo, tak że nikt nie wychodził z jadalni głodny. Ks. Lesław, który na niejedno w życiu widział i jadł, powiedział kiedyś, że tym paniom należy się wielki szacunek, bo na niektórych oazach z jedzeniem jest problem. Dziękujemy im serdecznie.

            Po obiedzie oaza poszła na plażę. Dzieci robiły to samo co wczoraj. Najpierw umieralnia (dzisiaj szczęśliwcem był pan Karol, ale się cieszył),później wrzucanie do wody. Chłopaki wzięli sobie za cel wrzucić do wody wszystkich animatorów. Znaczną część tego planu udało im się zrealizować. Wrzucili nawet panią Ziółko (to akurat zasługa Ks. Lesia, który obiecał za to chłopakom lody). Ostatnie pokoje miały okazję pojeździć na skuterach wodnych. Opłaciło się czekać. Wreszcie była dobra pogoda. Ciepło, słonecznie, tak jak powinno być. Nie miało być już Mszy wieczorem, było po obiedzie, więc plażowanie trwało dłużej niż zwykle. I dobrze. W końcu to niedziela i pogoda wreszcie dopisała. Tylko ludzi było strasznie dużo. Nieraz trzeba było iść kilkaset metrów od zejścia, żeby znaleźć trochę więcej miejsca. Zapomniałem jeszcze dodać, że oczywiście kto chciał to się kąpał i ogólnie był fajnie.

            Niektóre pokoje schodziły z plaży wcześniej, żeby jeszcze pochodzić po mieście i kupić jakieś pamiątki do domu. Na szczęście ja nie musiałem iść ze swoimi. Poszedł Ks. Janusz. Naprawdę świetnie mi się z nim współpracowało. To był mój najlepszy wychowawca ze wszystkich 4 oaz. I pokój też był najlepszy. Najbardziej spokojny, zorganizowany. Pomyśleć, że na początku miałem takie obawy. Pamiętacie może wyżelowanego cwaniaka, o którym pisałem gdzieś na początku? Okazał się świetnym kolegą. Nie miałem z nim żadnych problemów, a czasem nawet mi pomagał. Odpowiedzialna osoba. Naddawałby sie na animatora.

            W końcu przyszedł czas, żeby cała oaza wróciła do szkoły. Czekała nas jeszcze 2 część prezentacji pokoi i film. Niestety nie miałem okazji tego zobaczyć. Poszliśmy z Krzyśkiem i chyba z kimś jeszcze kupować dla kadry prezenty. Ks. Pawłowi standardowo kupiliśmy statek. Oczywiście nie prawdziwy, tylko drewniany model. Miał już swoją małą flotę, a w tym roku dostał następną łajbę. Księdzu Tomkowi kupiliśmy auto. Oczywiście też nie prawdziwe, tylko plastikowy model w skali 1: dużo. Audi chyba. W każdym bądź razie było na pilota i fajnie jeździło. Ks. Lesławowi i Ks. Januszowi kupiliśmy piersiówki. Takie ładne, sam bym taką chciał dostać. Żartowałem. Reszta kadry miała dostać stylowe kowbojskie kapelusze. Tylko pan Karol miał w prezencie kapelusik jak Michael Jackson, stylowo czarny. Ktoś pomyśli: co to za badziewie? Spieszę z wyjaśnieniem. Po pierwsze: mieliśmy mocno ograniczone fundusze, a kadry było sporo. Po 2: w Pobierowie sprzedają głównie takie badziewie. Po 3: to miało być symboliczne i miało być w miarę śmieszne. Koniec i kropka.

            Gdy wróciliśmy film jeszcze trwał. W zasadzie bajka. Nieważne. Podaliśmy prezenty dziewczynom przez okno. Pełna konspiracja. Statek był jeszcze biały, trzeba go było pomalować. A kto zrobi to najlepiej? Oczywiście dziewczyny. To samo jeśli chodzi o koszulki. Dla każdego z kadry miała zostać przygotowana koszulka (tym sposobem, który opisałem kilka rozdziałów wcześniej) z jakimś fajnym napisem. To też robiły dziewczyny. Kurcze, okazuje się, że są na oazie bardziej potrzebne, niż sądziłem.

            Zaczęło się robić późno, dlatego film, a w zasadzie bajkę, trzeba było przerwać, aby iść na modlitwy wieczorne. Ostatnie na tej oazie. Odbyły się lesie, na ogromnej polanie. Ostatni raz podzieliliśmy się na pokoje. Ostatni raz usłyszeliśmy prośby, dziękczynienia i przeproszenia. Ostatni raz zaśpiewaliśmy „Złącz Panie razem nas” i „Późno już”. Powoli zaczęło do nas docierać, że koniec zbliża się nieuchronnie, że jutro odjedziemy. Ale czekała nas jeszcze ostatnia noc. Zielona noc…

Wróćmy jednak jeszcze do modlitw. Muszę z dumą się pochwalić, że konkurs czystości w tym roku wygrał pokój 114, czyli jeśli ktoś jakimś cudem jeszcze tego nie wie, pokój gdzie jestem animatorem. I Księdza Janusza i mnie i chłopaków rozpierała duma.

 A nagroda?  Mogliśmy spać godzinę dłużej. Gimnazjaliści mieli wstać o 3:30, żeby budować ołtarz, a my mogliśmy wtedy spać. O co chodzi z tym ołtarzem to jeszcze wyjaśnię.

Modlitwy się skończyły. Nadeszła pora kąpieli i spania. Jednak niektórzy planowali zadośćuczynić tradycji i zrobić zieloną noc. W zieloną noc pasta idzie w ruch, a rano wielu z zaskoczeniem odkrywa, że poruszona pasta znalazła się na ich twarzy, ubraniu, w butach.

W poprzednich latach udawało się upilnować uczestników. Raz tylko posmarowali pastą klamki i wynieśli biednego Adriana z łóżkiem na korytarz, gdzie spał resztę nocy. Podobnie uczynili Karolowi, który wtedy był jeszcze zwykłym Karolem a nie panem Karolem. Tak to był względny spokój. W tym roku tak samo. Nie było problemów. Oaza spała spokojnie.

« powrót

Dodaj nowy komentarz

Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW