Wakacje z Bogiem
oazy Liturgicznej Służby Ołtarza

dziennik oazowy 2011

ROZDZIAŁ 12 – ÓSMY DZIEŃ OAZY - Chrzest

komentarzy: 0

            Sobota. Na wakacjach nie jest to jakiś niezwykły dzień. Na oazie też nie. Tutaj dni się ze sobą zlewają, może niedziela się trochę wyróżnia. Tak więc sobota. Rano wszystko jest tak jak powinno. Pobudka, modlitwy, rozgrzewka itd. Jedyną niestandardową rzeczą był order uśmiechu, przyznawany na apelu. Order uśmiechu dostawała osoba najbardziej wesoła, pogodna i uśmiechnięta. Przyznawany jest członkom kadry. W tym roku tym zaszczytem zostały obdarzone 3 persony: pan wychowawca Karol z Wielogłów, pani pielęgniarka Wacława Ziółko, oraz, jak można się było spodziewać, Ks. Tomek Góra, ulubieniec tłumu.

            Dzisiaj nareszcie mamy ładną pogodę. Można bez obawy iść na plażę. Tak też zrobiliśmy. Dzieci rozładowywały skumulowaną przez kilka dni energię. Wykopały wielki dół, tzw. umieralnię, do której trafiały tylko wybrane osoby a mianowicie szczególnie „poważani” mężczyźni. Umieralnia miała tylko 1 zasadniczą wadę. Gdy się kogoś wrzuciło i zakopało, tak, że nad piasek wystawała tylko głowa, a ta osoba po mozolnych próbach wreszcie się wydostała, całą robotę trzeba było zaczynać od nowa. Dlatego w umieralnię dzieci bawiły się tylko jakąś godzinę. Później wymyśliły, że dużo fajniejsze będzie wrzucanie do wody. Tutaj też najbardziej ucierpiały „poważane” osoby. Dzisiaj też udało się zabrać jeszcze kilka pokoi na skutery wodne. Pogoda jednak wciąż nie była odpowiednia. Dopiero po południu się poprawiło, także spokojnie można było przeprowadzić „chrzest”.

            Nie wiecie co to „chrzest”? To postrach tych, którzy na oazie są pierwszy raz. Główna atrakcja dzisiejszego dnia. A ponieważ w trakcie dnia nie działo się nic szczególnego, od razu przejdę do „chrztu”.   

            Wieczorem, gdy na plażowanie było już za późno, ale na spanie jeszcze za wcześnie, cała oaza udała się na plażę. Czterej chłopcy ofiarnie nieśli szafki nocne ze szkoły. Szafki były niezbędne do pierwszej zabawy. Ale po kolei. Najpierw wystąpili Ci, którzy na oazie byli pierwszy raz. Na oko z 70 osób, może więcej, może mniej. Zostali podzieleni na 2 drużyny. Rozpoczęły się zawody. Pierwsza konkurencja polegała na tym że drużyna ustawiała się w kolejce (tak, że 1 widział plecy drugiego) robiąc duży rozkrok. Ostatnia osoba miała za zadanie przeczołgać się między nogami innych na początek kolejki. Ta drużyna w której wszyscy zawodnicy zrobili to jako pierwsi, wygrywała. Żeby jednak nie było tak prosto i fajnie, czuwali nad nimi animatorzy… i okrzykami wspierali zawodników. To znacznie przyspieszało tempo zawodników. Później rozgrywała się ta sama konkurencja, ale uczestnicy już nie stali, a byli w pozycji jak do robienia pompek. Jednak zasada była taka sama. Czołganie, pasy i śmiech. Drugą konkurencją był tzw. pieniek, w naszym przypadku szafka nocna. Kładło się głowę na takiej szafce i trzymając ją tam cały czas robiło się 10 okrążeń dookoła stolika. Potem należało przebiec określoną odległość, aby następna osoba mogła zacząć się kręcić. Jeśli ktoś chce się dowiedzieć jak to jest po karuzeli, polecam mu tę zabawę. Po 10 obrotach świat kręci się zdecydowanie za szybko. Ci którzy stoją z boku mają niezły ubaw patrząc, jak zakręcona osoba przewraca się, tarza w piasku i próbuje wstać, z różnym, a zwykle z zabawnym skutkiem. Trzecia konkurencja to okopy. Drużyna miała 15 minut żeby wybudować sobie okop. W tym czasie animatorzy napełniali wodą foliowe woreczki. To były pociski. Po 15 minutach każda drużyna dostała określoną ilość tych pocisków. Zaczął się ostrzał. To było piękne. Jak śnieżki w zimie. Nie ma znaczenia kto wygrał te konkurencje. Ważne, że zabawa była przednia. Ostatnim punktem było malowanie. Drużyny przestały istnieć. Wszyscy ustawili się w jednym szeregu (tym razem tak jak na wychowaniu fizycznym). Starsi uczestnicy dostali po tubce farby plakatowej i rozpoczęło się malowanie. Oczywiście nie ubrań, tylko gołej skóry. Pierwszoroczni zostali wcześniej poinformowani, że mają się zaopatrzyć w kąpielówki. Byli więc malowani, choć malowanie to chyba nienajlepsze określenie. Bardziej pasuje ciapanie. Chłopaki darli grube krechy, byle więcej i brudniej. Po tej małej „torturze” dzieci wbiegały do morza (woda wieczorem jest cieplutka, jeśli ktoś ma jakieś obawy) i spłukiwali z siebie całą farbę. To był cały chrzest. W tym roku koordynatorami całej rozgrywki byli animatorzy pod wodzą

Ks. Lesia. Zapomniałem tylko dodać, że starsi mieli chrzest osobno, a młodsi osobno.

            Tak jak już mówiłem, chrzest był największą atrakcją ósmego dnia. Po nim, już w nocy, cała oaza spała jak zabita. No może prawie. Ale nie ulega wątpliwości, że już wszyscy byli pełnoprawnymi uczestnikami. Ochrzczonymi.

            Acha i jeszcze jedno. Żeby ktoś nie pomyślał, że jesteśmy jakimiś niewychowanymi dziećmi. Po chrzcie pozakopywaliśmy wszystkie twierdze i pozbieraliśmy wszystkie woreczki. No to chyba już wszystko.

« powrót

Dodaj nowy komentarz

Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW