Wakacje z Bogiem
oazy Liturgicznej Służby Ołtarza

dziennik oazowy 2011

ROZDZIAŁ 11 – SIÓDMY DZIEŃ OAZY - Duchowa Adopcja

komentarzy: 0

            Od rana nie dzieje się nic, co nie powinno się dziać. Pobudka, modlitwy, rozgrzewka, śniadanie. Wszystko jest i to w wyznaczonych godzinach. Poranek zatem standardowy.

            Dzisiaj piątek. Piątek to na oazie dzień bardziej pogłębionej modlitwy. Na wieczór zaplanowano czuwanie. Jednak do wieczora jeszcze daleka droga. Najpierw odbył się mecz. To kolejna oazowa tradycja. Na pierwszej oazie był wyłącznie sam Czermin, więc graliśmy między sobą. W kolejnych latach wyglądało to tak: Czermin kontra Reszta Świata. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby Czermin przegrał.

             Gdzie rozgrywany był mecz? Na boisku oczywiście. Pełnowymiarowym, za wynajęcie którego trzeba było niestety słono zapłacić. W cenę wliczone było też boisko do siatkówki i kosza (na świeżym powietrzu oczywiście). Obok znajdowały się korty tenisowe, za które płaciło się osobno. Wróćmy jednak do meczu. Moja skromna osoba stała zawsze na bramce. Do tego roku, ponieważ nie poszedłem na mecz. Miało to swoje korzyści. Podstawową było to, że nie widziałem pierwszej w historii porażki drużyny z Czermina. Do końca podstawowego czasu gry był remis. Karne lepiej strzelała Reszta Świata. Dlatego też, jako bramkarz, zostałem oskarżony, że ta porażka to moja wina. Haniebne! Jak mogłem być przyczyną porażki skoro mnie tam nawet nie było?! Miałem swoje powody, żeby zostać w szkole. Chłopaki wypominają mi to jednak po dziś dzień[1]. Dlatego nie mówmy już o tym.        Udało się, pomimo złej pogody (a może właśnie dzięki niej) załatwić przejażdżkę skuterami wodnymi. Nie cała oaza się na to załapała, tylko kilka pokoi. Reszta miała iść w następnych  dniach. Myślę, że najlepszym komentarzem do tego wydarzenia będą słowa mojego przemoczonego i zziębniętego brata: Ale czad!

            Wróćmy jednak na ląd. Z Łukaszem dalej źle. Są takie momenty kiedy rozmawia całkiem normalnie. No prawie całkiem. Jego wyraz twarzy jest niepokojący. Niby się uśmiecha, ale jakby sprawiało mu to ból. W każdym bądź razie czasami mówi w miarę sensownie, ale czasami gada takie bzdury bez sensu, takie głupoty, że nie idzie tego słuchać. Modlimy się za niego.                                                                 

            Jeśli chodzi o środek dnia to zasadniczo nie ma o czym bardzo pisać. Po południu zrobiło się zimno, więc z plażowania nici. Ta grupa, która była na skuterach wodnych wybawiła się świetnie. Ale to był niewielki procent uczestników. Co robiła reszta oazy? Szczerze powiem, że nie pamiętam. Pewnie oglądali film, albo grali na sali, albo nie robili nic. A może robili koszulki? Bo w końcu je robili, tylko nie wiem dokładnie którego dnia. Dla tych, którzy nie wiedzą o co chodzi, spieszę z wyjaśnieniem. Na początku oazy uczestnicy dostają zestaw oazowicza: śpiewnik, foskę (taki skórzany wisior na którym wpisuje się swoje imię – polecam zapytać wujka Google jak to wygląda) i koszulkę, czarną lub granatową, bez żadnego napisu.

Robienie koszulek oazowych wygląda tak: dostaje się plastikowy kubek z niewielką ilością płynu Domestos. Po znalezieniu odpowiedniej grubości patyczka można przystąpić do pracy. Wspomniany wyżej patyczek macza się w Domestosie i nakłada na koszulkę. Efekt tego jest taki, że koszulka traci w tym miejscu swój pierwotny kolor. Staje się taka ciemnokremowa, no nie umiem nazwać tej barwy, dziewczyna by pewnie umiała (ich paleta barw jest znacznie szersza). Teraz wystarczy nanieść dowolny napis, wzór, wedle uznania i na co umiejętności pozwalają. Taką koszulkę można śmiało prać. Wzór jest „wżarty” na wieki wieków. Tym, którzy chcieliby zrobić takie coś w domu, od razu mówię, że cieniutkie koszulki typu Made In China się do tego nie naddają. W materiale robią się dziury. Koszulka musi być koszulką, z dobrego materiału i najlepiej w ciemnym kolorze. Kosztuje ona jakieś 10 zł więcej, ale można uruchomić wyobraźnię i zrobić z niej arcydzieło. Można też użyć farb, aby koszulka nabrała barw, jednak wtedy pranie odpada. I tak to właśnie jest z tymi oazowymi koszulkami.

            Najważniejszym wydarzeniem dnia było czuwanie. Odbyło się ono w kościele, który od szkoły oddalony był jakieś 300 – 400m. Było już późno gdy zaczęliśmy się modlić. Chodziło o klimat  i o to, że Msze parafialne odprawiane są o 20, więc trzeba takie coś zorganizować albo za dnia, albo po 21. Tak więc czuwanie. Rożne są jego rodzaje. Ksiądz Paweł postawił na muzykę. W końcu na oazie mamy kilku niezłych gitarzystów, a i ze śpiewem nie ma  problemu. Ale po kolei. Wszystko zaczęło się od wystawienia Najświętszego Sakramentu. Później Ksiądz prowadził rozważania przerywane kanonami. Kanony religijne to spokojne piosenki, z krótkim, ale często powtarzanym tekstem. Chodziło o to, aby te słowa bardziej zapadły w pamięć, aby poruszyły do głębi. Człowiek może dopiero za 20 razem zrozumieć to, co usłyszał. Nie wiem, czy w oczach uczestników pojawiły się łzy, ponieważ klęczałem w albie razem z Pawłem obok Księdza. Pewnie się nie pojawiły, ale klimat był. Naprawdę był. Łukasz pięknie grał na gitarze akustycznej. Pięknie. Pomimo swojego cierpienia.

Po rozważaniach przyszedł czas na przyrzeczenia duchowej adopcji. Na czym to polega? Osoba która zdecyduje się zaadoptować dziecko, robi to, broniąc je od aborcji. Zobowiązuje sie przez 9 miesięcy, dzień w dzień odmawiać 1 dziesiątek różańca. Dodatkowo może dołożyć sobie dobrowolne postanowienia aby wzmocnić swoją modlitwę. Nie chodzi tu o wielkie poświęcenia. Wystarczy np. przez jeden dzień w tygodniu powstrzymać się od słodyczy, telewizora. Coś w tym rodzaju. Ksiądz radził też, aby „swojemu” dziecku nadać imię. Stwarza to większą więź. Oczywiście duchowa adopcja była dobrowolna, jednak wielu uczestników się jej podjęło. Przed każdym dziesiątkiem odmawia się następującą modlitwę:                                                                 

 

Panie Jezu - za wstawiennictwem Twojej
Matki Maryi, która urodziła Cię
z miłością, oraz za wstawiennictwem
św. Józefa, człowieka zawierzenia, który
opiekował się Tobą po urodzeniu

-proszę Cię w intencji tego nienarodzonego

dziecka które duchowo adoptowałem, a które
znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady.
Proszę, daj rodzicom miłość i odwagę aby
swoje dziecko pozostawili przy życiu,
które Ty sam mu przeznaczyłeś. Amen.

           

            Zachęcam wszystkich do podjęcia się duchowej adopcji. To piękny gest i cudowny dar. Możesz uratować komuś życie.

            Ostatnim punktem czuwania było błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem, ale nie takie jak w kościele – dla wszystkich naraz. Każdy rząd uczestników została pobłogosławiony osobno. Można było z bliska spojrzeć na Pana Jezusa – na Miłość w najczystszej postaci, choć ukrytej w tym białym opłatku. Po odśpiewaniu ostatniego kanonu czuwanie zakończyło się. Poszliśmy do szkoły spać.

« powrót

Dodaj nowy komentarz

Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW