Wakacje z Bogiem
oazy Liturgicznej Służby Ołtarza

dziennik oazowy 2011

ROZDZIAŁ 10 – SZÓSTY DZIEŃ OAZY - Wycieczka do Kołobrzegu

komentarzy: 0

           Obudziłem się o 7, ale byłem tak zmęczony, że nie dałem rady iść na rozgrzewkę. Dobrze, że Ksiądz Janusz był wyrozumiały i zabrał chłopaków na plażę. Dzięki temu mogłem pospać trochę dłużej i w miarę normalnie funkcjonować za dnia.

            Błogosławiony sen. Wtedy znika zmęczenie i wszystkie problemy. A potem trzeba się obudzić. Niestety moja błoga drzemka trwała tylko godzinę. Nie bardzo było do czego wstawać. Zamiast Słońca kłębiły się ciemne chmury.

Na ten nieciekawy pod względem pogody dzień zaplanowano 3 i ostatnią wycieczkę. Jej celem był Kołobrzeg. Od innych wycieczek różniła się tym, że udział w niej był dobrowolny. Zebrał się 1 autokar. Reszta miała w tym czasie zakaz przesiadywania w szkole. Można było iść na miasto (wyjątkowo z animatorem), na plażę (oczywiście z animatorem)

i w zasadzie to więcej opcji nie było.

            Na szczęście nie musiałem tam jechać. Pojechał Ksiądz Janusz. Kolejną radosną informacją było to, że z mojego pokoju zostawało tylko 4 chłopaków. Zdecydowaliśmy się iść na plaże. Do naszej piątki dołączyli Paweł, Krzysiek i Kuba G. Michał to nie wiem gdzie wtedy był, a Mateusz pojechał do Kołobrzegu.

            Zatem spacerowaliśmy. Od zejścia na plażę w lewo. Marna pogoda miała 1 zasadniczą zaletę: na plaży było bardzo mało ludzi. Powolnym krokiem, przy szumie fal rozmawialiśmy idąc. Dowiedziałem się wtedy wielu interesujących rzeczy z oazą i nie tylko z nią związanych. Ale że piszę o oazie to napiszę tylko te o niej. Po pierwsze, Filip (chłopak z mojego pokoju) przez pierwsze 3 dni chorował na żołądek, o czym nie miałem pojęcia (świetny ze mnie animator). Dotarło do mnie wtedy, dlaczego na oazie przylgnęła do niego ksywka „co cisnęło”. Po drugie: Piotrek S. przeżył tej nocy małe załamanie nerwowe, związane z jego rolą animatora, którym został w tym roku. Teoretycznie był przygotowany jak należy, jednak dzieci są nieprzewidywalne i czasem wszystkie założenia i plany zawodzą. Trzeba bowiem zaznaczyć, że nawet najlepsze kursy i niezliczona ilość spotkań nie pomogą tak jak zajęcia praktyczne.

            Było tych rzeczy więcej, niestety nie o wszystkim wolno mi pisać. Wyjaśnię to na końcu książki.

            Po jakiejś godzinie spacerowania natknęliśmy się na Ks. Pawła. Biegł z przeciwnej strony. Za nim, w odległości 100 do 200 m był Łukasz. Chciałbym powiedzieć że biegł, nawet to, że szedł, niestety, wlókł się. Widać żadnej poprawy nie było. Ogolił się tylko. Spotkanie z nimi było ostatnią nietypową rzeczą podczas tej przechadzki. Niedługo potem postanowiliśmy wracać.

            Wycieczkowicze wrócili wieczorem. Żeby nie było, że ciągle jest tylko o mnie, opiszę co na tej wycieczce było. Ale krótko. Co się będę rozwodził. Dodam tylko, że informacje, które przeczytacie w następnych akapitach pochodzą od pana wychowawcy Karola, więc jeśli jakiemuś oazowiczowi nie będzie się coś zgadzało, niech ma pretensje do niego.

Najpierw była dwugodzinna podróż, która powinna trwać godzinę. Te korki. Podczas podróży jednemu chłopakowi, Pawełkowi, zachciało się „na stronę”. Autobus oczywiście musiał się zatrzymać, bo on „nie wytrzyma”. Pawełek wysiadł, przeszedł kawałek i wpakował się w jakiś rów z wodą. Oczywiście ubabrał się niesamowicie. Sam już nie wiedział, czy ma płakać, czy iść jednak na tę stronę. Zdecydował się pójść.

            Pierwszym punktem wycieczki było Muzeum Oręża Polskiego. Wspaniałe, uczestnicy byli zachwyceni eksponatami. Drugim punktem było jedzonko. Trzecim miało być molo, ale zabrakło na nie czasu. Trzecim punktem był więc powrót do szkoły. I to tyle jeśli chodzi o wycieczkę do Kołobrzegu.

Tak prawdę mówiąc to ten 6 dzień nie obfitował w jakieś spektakularne wydarzenia. Takie dni też są jednak na oazie potrzebne.

« powrót

Dodaj nowy komentarz

Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW